• 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Kółeczkowe plany Kolejomana
#91
REJS KĘDZIERZYN-GLIWICE 1.10.2017.

Relacja nie jest stricte kolejowa (ale są w niej kolejowe akcenty) ale z racji, że wielu MK interesuje się też innymi środkami transportu, a w opisywanej wycieczce (choć w różnych terminach) wiem że brało też udział trochę MK więc wrzucam również tu.

1 października wybrałem się na wycieczkę do Gliwic, jednak nie pociągiem tylko drogą wodną. Wycieczka ta umożliwiała przepłynięcie i zaliczenie całego Kanału Gliwickiego, który łączy Odrę w Koźlu z gliwickim portem i nie tylko. W sumie odbyły się 3 takie rejsy. Pierwszy we wrześniu z Gliwic do Koźla, a drugi wczoraj również z Gliwic do Koźla, z tym że statek przenocował w Koźlu i dzisiaj wyrusza w rejs w drugą stronę. Na wszystkich 3 terminach była piękna słoneczna pogoda, więc można mówić o sporym szczęściu biorąc pod uwagę jak ponure potrafią bywać dni w okresie jesiennym. Wycieczki niezależnie od kierunku zawsze zaczynały i kończyły się w Gliwicach, więc w jedną stronę uczestnicy byli przewożeni autokarem. Ja z racji, że rozpoczynałem podróż u siebie, nie musiałem korzystać z autokaru tylko przybyłem na własną rękę do kozielskiej przystani, a z Gliwic wróciłem sobie pociągiem. Cena biletu wynosiła 120 zł, ja dokonałem rezerwacji dość wcześnie, bo w sierpniu. Przejdźmy więc do rzeczy. Smile W niedzielny październikowy poranek, po 9:00 opuszczam dom i udaję się na przystanek MZK. Wcześniej mam telefon od organizatorów rejsu dlaczego nie ma mnie w autokarze jadącym z Gliwic i jeszcze raz potwierdzam, że pojawię się dopiero na statku. Linią 1 docieram do Koźla i udaję się do przystani Szkwał, gdzie czeka już statek Foxtrot wraz z obsługą. Autokar z Gliwic jeszcze nie przyjechał, więc mam czas, aby na spokojnie obejrzeć sobie statek, który ma dwa poziomy: górny i dolny. W międzyczasie przybywają pozostali uczestnicy wycieczki.

Gdy wszyscy mają już swoje miejsca ruszamy w kierunku Gliwic. Pierwsze kilkaset metrów będziemy płynąć Odrą, aby następnie odbić na Kanał Gliwicki. Na całej trasie pokonamy 7 śluz, z czego tylko na jednej będziemy śluzować się z góry na dół, a na pozostałych z dołu do góry. Zaraz po ruszeniu przepływamy pod Mostem Długosza. Nie jest tak, że statek może przepłynąć sobie pod mostem w dowolnym miejscu, tylko są znaki, które dokładnie to miejsce wyznaczają. Pierwszą śluzę - Koźle, pokonamy zaraz na początku trasy i to właśnie jest ta jedyna śluza, którą pokonamy z góry na dół. Za mostem widzimy przed nami szerokie koryto Odry, jednak tam nie możemy wpłynąć, bo znajduje się tam jaz (czyli gwałtowne obniżenie poziomu wody). Musimy skierować się w niewielki, ledwo widoczny kanalik po lewej stronie, który doprowadzi nas do śluzy. Po wpłynięciu do śluzy jest ona zamykana z obu stron i rozpoczyna się śluzowanie. W tym przypadku spuszczana jest woda, abyśmy mogli obniżyć nasz poziom. Po zakończeniu śluzowania ruszamy dalej. Po lewej stronie wpada do nas rzeczka Lineta. Przepływamy pod wiaduktem linii kolejowej Kędzierzyn-Nysa-Kamieniec-Jaworzyna-Legnica czyli Magistrali Podsudeckiej. Po lewej stronie mijamy kozielskie dzielnice Rogi i Rybarze. Niedługo potem opuszczamy Odrę i obijamy w prawo do Kanału Gliwickiego. Najpierw dodatkowa atrakcja, którą będzie wpłynięcie do Portu Koźle. W porcie zacumowanych jest kilka barek, niektóre puste, a niektóre wypełnione ładunkiem. Kanały portowe numerowane są od strony Odry, my wpływamy do najdalszego czyli kanału nr 3, obok którego znajduje się elewator zbożowy. Mają one specjalne wnęki, które służą neutralizowaniu ewentualnych fal. Po opuszczeniu kozielskiego portu przepływamy pod mostem drogi łączącej Kłodnicę z Januszkowicami i Raszową. Wzdłuż całego kanału obserwujemy w różnych miejscach metalowe pręty wystające z wody tzw. dalby, które służą do cumowania statków czy łodzi. Na początkowym odcinku kanału są one dość wysokie ze względu na spore wahania poziomu wody. W dalszej części będą one już znacznie niższe. Dopływamy do drugiej śluzy, a pierwszej, na której będziemy śluzować się z dołu do góry czyli Kłodnicy. Bezpośrednio przy śluzie przebiega linia kolejowa łącząca Kędzierzyn-Koźle z Opolem. Szkoda, że nie przypłynęliśmy chwilę później, bo akurat spotkalibyśmy się z pociągiem. Rozpoczyna się śluzowanie, do części śluzy z naszym statkiem wpuszczana jest woda, przez co unosimy się coraz wyżej. Po zakończeniu śluzowania ruszamy w dalszą drogę. Niedługo potem przepływamy pod mostem remontowanej właśnie drogi między Kuźniczkami a Cisową. Kawałek dalej zatrzymujemy się przy tzw. syfonie kłodnickim, czyli bezkolizyjnym skrzyżowaniu Kanału Gliwickiego i rzeki Kłodnicy. Kłodnica przepływa prostopadle pod Kanałem Gliwickim. Następnie przed nami kolejna śluza - Nowa Wieś, która znajduje się w pobliżu kędzierzyńskiego osiedla Blachownia. Tuż przed nią przepływamy pod mostem, pod którym ledwo się mieścimy i konieczne jest rozłożenie dachu na naszym statku. Na każdym moście są tabliczki informujące o wysokości i tym samym jak wysoki statek może pod danym mostem przepłynąć. Mają one jednak niewiele wspólnego z rzeczywistością, ponieważ nieraz w czasie rejsu obserwujemy sytuacje, że pod tabliczką z mniejszą wartością przepływamy bez problemu, a pod tabliczką z większą wartością mieścimy się na styk. Po wpłynięciu do śluzy obszczekują nas z góry dwa pieski. Po śluzowaniu gdy znajdujemy się już na równi z nimi, nie są one już takie odważne. Ruszamy w dalszą drogę mijając kolejne zacumowane barki. Opływamy teraz osiedle Blachownia od południowej strony. Ciekawie jest oglądać swoje miasto z dotychczas nieznanej perspektywy. W tych rejonach od Kanału Gliwickiego odgałęzia się Kanał Kędzierzyński prowadzący do Zakładów Azotowych Kędzierzyn, a my przecinamy kolejne kędzierzyńskie mosty a konkretnie przeprawę na terenie zakładów chemicznych Blachownia, szosę między Blachownią a Sławięcicami i uliczkę w samych Sławięcicach. Pod jednym mostem mieścimy się dosłownie na kilka milimetrów, mimo że i tak na prośbę organizatorów rejsu poziom wody w kanale został nieco obniżony. I w końcu docieramy do kolejnej śluzy, która również wzięła nazwę od tego peryferyjnego kędzierzyńskiego osiedla. Warto zwrócić uwagę na bujną roślinność porastającą budynek śluzy. Śluzy Sławięcice i Nowa Wieś mają być niedługo remontowane i podczas remontów roślinoość zapewnie zniknie. Kolejne śluzowanie unosi nas znowu nieco wyżej.

W Ujeździe znajduje się niewielka marina, gdzie również jest możliwość kończenia rejsów. Podczas tej części rejsu poznajemy też historię statku, którym płyniemy (został on sprowadzony z Niemiec) oraz dowiadujemy się jakie trudności musieli pokonać organizatorzy, aby w ogóle inicjatywa rejsów z Mariny Gliwice doszła do skutku. Głównym problemem do pokonania był brak możliwości śluzowania w niedziele, ale po bataliach udało się go w końcu rozwiązać. Pokonujemy kolejne metry kanału, gdzie trafiamy na krowy pasące się tuż przy brzegu oraz kolejny niski most. W międzyczasie na dziobie statku zostaje rozpalony grill i każdy otrzymuje wliczoną w cenę biletu kiełbaskę. Na statku można kupić też lokalne piwo Gleiwitzer Kanal Wasser. Docieramy do kolejnej śluzy - Rudziniec, za sprawą której znów unosimy się na niego wyższy poziom kanału. Za śluzą Rudziniec wpada do nas rzeka Kłodnica, która na tym odcinku płynie wspólnym korytem z Kanałem Gliwickim. Przepływamy również pod autostradą A4 oraz obok pałacu w Pławniowicach, przy którym znajduje się most w kolorze biskupim (jak to określił kapitan naszego statku Tongue). Przecinamy też linię kolejową Rudziniec Gliwicki - Toszek Północ w okolicach posterunku o adekwatnej nazwie Kanał. Osiągamy kolejną śluzę - Dzierżno. Jest to ostatnia duża śluza, na której będziemy mogli zobaczyć dość widowiskowe śluzowanie w górę. Podobno śluza ta po remoncie działa gorzej niż przed remontem. Tongue Nazwa śluzy wzięła się od położonego obok jeziora Dzierżno Duże. Nie można jednak na nie wpłynąć, ponieważ jezioro i kanał są na różnych poziomach. Z jeziora oddzielnymn korytem wypływa już rzeka Kłodnica, która do tej pory płynęła wspólnie z nami. Jezioro z kanałem łączyła śluza jednorazowego użytku, która niegdyś posłużyła do uwolnienia statków znajdujących się na jeziorze i umożliwienia im żeglugi kanałem. Za Dzierżnem mijamy gliwicką kolonię kormoranów, ale nie udało mi się dojrzeć żadnego. Ostatni odcinek kanału wiedzie wzdłuż Huty Łabędy, a kapitan w humorystyczny sposób opowiada nam jej historię. Na terenie huty można dotrzeć oczywiście różne maszyny, a także wagony kolejowe w tym ryflaki. Zaraz za hutą przepływamy pod linią kolejową z Kędzierzyna do Gliwic, którą niebawem pojadę. Docieramy do ostatniej, już mniejszej śluzy Łabędy, za sprawą której po raz ostatni podwyższamy nasz poziom. Końcowe metry rejsu to już wpłynięcie do Portu Gliwice, który znajduje się na terenie Śląskiego Centrum Logistyki. Po dopłynięciu do przystani kończymy nasz 6-godzinny rejs. Moje wrażenia z rejsu są bardzo pozytywne i polecam każdemu wybranie się na taką wycieczkę. W przyszłym roku rejsy całym kanałem (czyli z Gliwic do Koźla) planowane są w maju i wrześniu. Jest też pomysł, aby zorganizować dwudniowy rejs z Gliwic do Opola z przesiadką w Koźlu. Czeka mnie jeszcze powrót do domu. Nie za bardzo wiem którędy wyjść więc kieruję się na czuja. Okazało się później, że nadłożyłem sporo drogi, ale za to sfociłem sobie stonkę na terenie bazy logistycznej. Wracam pieszo do Łabęd. Mijam śluzę, przy której znajduje się bilboard reklamujący rejsy po Kanale Gliwickim. Docieram do stacji Gliwice Łabędy - wyspowej stacji, przez którą przejeżdżałem setki razy, ale nigdy jeszcze nie miałem okazji na niej wsiadać ani wysiadać, w związku z tym oczywiście dokładna dokumentacja fotograficzna. Warto zwrócić uwagę na ciekawe malunki na budynku dworca, w którym chyba znajduje się antykwariat. Do domu powrócę pociągiem regio relacji Gliwice-Nysa. Powinien być szynobus, jednak przyjeżdża EN57, więc w Kędzierzynie będzie konieczna przesiadka. W moim mieście jestem około 18:00.

Zdjęcia: www.kolejomania.rail.pl/rejs.html
  Odpowiedz
#92
POZNAJEMY DOLNOŚLĄSKĄ KRAINĘ 1

6.04.2018.
Kędzierzyn - Opole - Wrocław - Świdnica - Dzierżoniów - Legnica - Wrocław - Kędzierzyn


Mówi się, że najciemniej pod latarnią. Odwiedziłem już sporo miejsc w Polsce i sąsiednich krajach, a tymczasem miejscowości położone najbliżej mojego miejsca zamieszkania (jak chociażby Strzelce Opolskie, Brzeg czy Gogolin) pozostają przeze mnie nie odwiedzone. Już w zeszłym roku zapowiadałem, że będzie się pojawiać więcej relacji o charakterze bardziej turystycznym niż zaliczeniowym, w związku z tym postanowiłem rozpocząć cykl wyjazdów mających na celu zwiedzenie większości najważniejszych miast (także tych, do których nie da się dojechać koleją) z 3 najbliższych mi województw czyli opolskiego, śląskiego i dolnośląskiego. Materiały będą prezentowane pod wspólną nazwą „Poznajemy opolską (lub dolnośląską albo śląską) krainę”. W planach są oczywiście również miasta w innych województwach, ale na pewno nie będą one już tak szczegółowo eksplorowane. Plany ambitne, a co z tego wyjdzie to się okaże. Na jednodniowe wycieczki turystyczne najlepszy jest oczywiście Regio Karnet, na którym realizowana będzie większość tych wycieczek.

Na pierwszy ogień poszły 3 miasta w województwie dolnośląskim: Świdnica, Dzierżoniów i Legnica. 6 kwietnia po 4:30 meldujemy się z Kasią na kędzierzyńskim dworcu i wsiadamy w szynobus do Opola. Większość trasy przesypiamy. W Opolu chwila oczekiwania, a następnie wsiadamy w kibel do Wrocławia. Na tym pociągu już od kilku rozkładów kursuje EN71, co jest wskazane, ponieważ od Brzegu zapełnienie tego pociągu jest zawsze bardzo duże. We Wrocławiu znów chwila przerwy (akurat żeby kupić kawę, bo na dworze jest słonecznie ale wieje dość silny i chłodny wiatr), a następnie zajmujemy miejsce w szynobusie Kolei Dolnośląskich relacji Wrocław-Dzierżoniów, który jest podstawiony przy peronie 5. Pociągi tej relacji kursują od jakiegoś czasu, a ich zadaniem jest polepszenie oferty połączeń do Wrocławia dla mieszkańców Świdnicy i Dzierżoniowa. Zapełnienie niezbyt duże, bo jedziemy w przeciwpotoku. Do Jaworzyny Śląskiej jedzie się całkiem fajnie, ponieważ linia w sporej części jest już po remoncie. Tam zmiana czoła i kierujemy się na Magistralę Podsudecką mijając na wyjeździe Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa. Odcinkiem Jaworzyna-Kamieniec jechałem bodajże tylko 2 razy w życiu. Stan techniczny Podsudeckiej dość kiepski, na niektórych odcinkach czynny tylko 1 tor. Opolska część magistrali chyba jest w dużo lepszej kondycji jeśli chodzi o prędkości, ale w gorszej jeśli chodzi o ofertę, bo ta na Nysa-Kędzierzyn jest marna, a na Nysa-Kamieniec nie ma jej w ogóle, (nie licząc weekendowych pociągów z Nysy do Kłodzka, które będą uruchomione w tegorocznym sezonie turystycznym). Wysiadamy na stacji Świdnica Miasto. Obok dworca znajdują się stanowiska autobusowe. A sam budynek dworca dość zadbany, a w holu darmowa toaleta. Po wyjściu przed dworzec przez chwilę można się poczuć zdezorientowanym, ponieważ stoi on skosem do skrzyżowania, ale wystarczy szybkie spojrzenie na plan miasta, żeby wiedzieć, w którą uliczkę skręcić aby dotrzeć na rynek. Znajduje się on blisko dworca. Na środku rynku, jak w wielu miastach, znajduje się ratusz, który można obejść sobie dookoła, jak również przejść niewielkim tunelikiem znajdującym się w jego środku. Spacerując dalej uliczkami starówki docieramy do katedry (Świdnica jest siedzibą diecezji). Powracając do rynku i udając się w innym kierunku trafiamy na dość ciekawy blok mieszkalny, przed którym znajduje się pomnik dzików.

Po zwiedzeniu centrum Świdnicy powracamy na dworzec, aby udać się do kolejnego miasta. W peronach oczekuje już szynobus relacji Dzierżoniów-Wrocław (ten, którym przyjechaliśmy) na mijankę z naszym pociągiem, który jednak przyjeżdża opóźniony prawie 15 minut i to na inny peron (przez silnik stojącego szynobusu nie było słychać zapowiedzi), więc wszyscy szybko muszą biec tunelem. Pociąg relacji Legnica – Kudowa Zdrój, jednak w rzeczywistości pojazd ten dojedzie tylko do stacji Piława Górna, a dalej do Kamieńca Ząbkowickiego będzie komunikacja zastępcza z powodu remontu torów. Remont ten miał się skończyć kilka dni temu, ale został przedłużony. Jedziemy dalej Magistralą Podsudecką zatrzymując się między innymi na przystanku Krzyżowa z dość klimatycznym budyneczkiem, na którym wiszą kolejowe zdjęcia. Wysiadamy w Dzierżoniowie. Plac przed dworcem mocno rozkopany, trwa budowa centrum przesiadkowego. W przeciwieństwie do Świdnicy dworzec znajduje się trochę na uboczu. Spokojną uliczką przy której znajduje się basen z dość ciekawym wejściem dochodzimy do głównej drogi i rzeczki. Do rynku prowadzą 3 drogi, jedna z nich jest w remoncie. Idziemy więc kawałek wzdłuż rzeczki, a następnie stromą uliczką dochodzimy do dużego rynku, także z ratuszem na środku. Podobnie jak Świdnicy spacerujemy też okolicznymi ulicami, aby obejść dookoła całą starówkę. Inną drogą schodzimy z powrotem do rzeczki, aby dotrzeć na dworzec. Po drodze wstępujemy jeszcze na chwilę do chińskiego marketu. Na stacji przed odjazdem jeszcze kilka zdjęć. Ciekawostką są tablice informujące o kierunkach, na których mamy Legnicę i Katowice (szkoda, że pociągiem takiej relacji stąd już nie pojedziemy).

Naszym trzecim i ostatnim celem na dziś jest Legnica. Tym razem pociąg przyjeżdża punktualnie, powraca z Piławy Górnej ten sam szynobus, którym jechaliśmy ze Świdnicy. Największa wymiana podróżnych właśnie w tym mieście. Z rozmów ludzi wynika, że Wrocław to właściwie jedyny słuszny kierunek podróży, a dla świdniczan połączenia dzielą się albo na bezpośrednie albo „te z przesiadką w Jaworzynie”. Od Jaworzyny frekwencja już dużo niższa. Prędkość momentami dość spacerowa, więc jazda jest trochę nużąca. Między Jaworzyną a Legnicą łapiemy ok. 20 minut opóźnienia, bo czekamy na mijankę z pociągiem przeciwnej relacji. W Legnicy meldujemy się ok. 14:05. Najbliższa okolica dworca do najpiękniejszych nie należy, ale wystarczy przejść kawałek parkiem, aby znaleźć się na początku starówki. Zaglądamy na chwilę do Galerii Piastów, która jest dość ciekawie wkomponowana w zabudowania starówki i chyba dzieli się na kilka części. Starówka to sporo uliczek, którymi można spacerować czy odpocząć na ławkach czy w knajpkach. Jest oczywiście duży rynek, chociaż z racji zabudowań przypomina on raczej dwie szerokie ulice niż jeden prostokątny plac. W jednej z knajpek na rynku jemy obiad. Ogólnie starówka całkiem przyjemna i sprawia wrażenie dużo żywszej niż te w Świdnicy czy Dzierżoniowie, ale może to też wynikać z pory dnia. W pobliżu rynku jest też ciekawy sklepik, w którym można dostać niemieckie produkty (np. płyty z filmami i muzyką czy książki) za śmieszne pieniądze. Przykładowo zestaw 2 płyt CD z muzyką kosztuje 1,50 zł, a za tą samą cenę można także kupić niemieckojęzyczną literaturę, podczas gdy w księgarniach czy Empikach takie pozycje potrafią kosztować po kilkadziesiąt złotych. Powoli kierujemy się na dworzec. Zanim jednak tam się udamy wstępujemy na pocztę, aby zakupić pocztówki. Na dworcu zaglądamy jeszcze do centrum obsługi klienta Kolei Dolnośląskich, aby podbić Regio Karnety na jutrzejszy wyjazd i później już się tym nie martwić. W drogę powrotną wyruszamy zatłoczonym impulsem relacji Lubań Śląski – Wrocław. W stolicy województwa dolnośląskiego przesiadka na opolskiego impulsa, którym docieramy do Kędzierzyna.

Fotki: www.kolejomania.rail.pl/1pozdol.html
  Odpowiedz
#93
POZNAJEMY ŚLĄSKĄ KRAINĘ 1

7.04.2018.
Kędzierzyn - Gliwice - Katowice - Ustroń Polana - Wisła Uzdrowisko - Katowice - Gliwice - Kędzierzyn

Dzień po wypadzie na Dolny Śląsk wyruszyliśmy z Kasią w przeciwnym kierunku, ale dzisiaj nie mieliśmy zamiaru zwiedzać miast, a pochodzić sobie po górach, bo pogoda zapowiadała się wymarzona: cały dzień miało być słonecznie i ciepło, ale też bez przesadnego upału. Z racji, że nie jesteśmy zbytnio doświadczeni w turystyce górskiej za cel chcieliśmy obrać sobie coś co nie jest zbyt trudne, ale jednocześnie też nie całkiem najłatwiejsze, aby była satysfakcja. Wybór padł na Czantorię Wielką w okolicach Wisły. Startujemy o 5:45 szynobusem Nysa-Gliwice, na którym zjawia się SA103. W Gliwicach przesiadka na osobówkę KŚ, którą jedziemy do Katowic. Na grupie postojowej w Gliwicach widzimy impulsa Kolei Śląskich (chyba najdłuższego w Polsce) przygotowanego na pociąg CZARNA WISEŁKA do Wisły, a to oznacza, że będziemy nim wracać po południu. W Katowicach mamy godzinę czasu, w czasie której zaglądamy między innymi do restauracji Subway. Warto wspomnieć, że jest fajna promocja, w której za wypełnienie ankiety do paragonu z zakupionego jedzenia czy kawy można otrzymać bezpłatnie duże ciastko. W dalszą drogę udamy się pociągiem osobowym o jakże adekwatnej dla nas dzisiaj nazwie CZANTORIA relacji Częstochowa-Wisła Głębce. Okazuje się jednak, że dziś będzie podmiana składu w Katowicach, więc można sobie zająć miejsce w już podstawionym pociągu, a pasażerowie z odcinka Częstochowa-Katowice będą musieli się przesiąść. Niestety podstawiono krótkiego elfa, więc w pociągu tłok i wielu pasażerów musi stać. W pociągu przeważają grupy zorganizowane i turyści indywidualni. Wszyscy wybierają się w góry. Najpierw jedziemy magistralą Katowice – Bielsko-Biała, aby przed Czechowicami odbić w stronę Zabrzegu. Za posterunkiem odgałęźnym Bronów zjeżdżamy na łącznicę kierującą nas na trasę Chybie-Skoczów. Pociąg jedzie bardzo powoli, właściwie to się toczy jakby bez używania napędu, w pewnym momencie przestaje działać klimatyzacja. Byłem przekonany, że to pesowski cud techniki zdefektował, ale po jakimś czasie okazuje się, że to PKP PLK tak zapuściła ten odcinek, że właśnie z taką prędkością się tu jeździ. Bez komentarza… Tocząc się łącznicą po jakimś czasie po sąsiednim torze wyprzedza nas pociąg Katowice-Cieszyn, który z Katowic wyjechał później od nas. Za Chybiem Mnich jest odrobinę lepiej, ale ogólnie to do samego końca nie ma już rewelacji. Wysiadamy na stacji Ustroń Polana.

Trochę kluczymy po okolicach stacji wstępując po drodze do sklepu spożywczego, aż w końcu odnajdujemy początek czerwonego szlaku na Czantorię. Obok znajduje się również dolna stacja wyciągu krzesełkowego. Kolejka aktualnie przechodzi przegląd techniczny, więc od poniedziałku do piątku jest nieczynna, ale w weekendy można z niej skorzystać. Bilet w obie strony kosztuje ponad 20 zł, bilet tylko w górę 15 zł, a tylko w dół 14 zł. Z tego widzę, cennik dość często się zmienia, więc warto sprawdzać na bieżąco przed wyjazdem. Jadąc w górę można również załapać się na zdjęcia, które odbiera się po powrocie na dolną stację. Powrotny pociąg do domu mamy przed 16:00, ale jeśli wyrobimy się do 14:58 to zdążymy skoczyć jeszcze na chwilę do Wisły. Szlak wiedzie głównie leśną ścieżką, w pewnym momencie znikają nam oznaczenia szlaku, ale nie sposób się zgubić, bo trzeba utrzymywać się cały czas wzdłuż trasy narciarskiej, na której z racji wczesnej wiosny leży jeszcze sporo śniegu. Po jakimś czasie oznaczenia szlaku wracają. Początkowo trasa jest dość łatwa, jednak później zdarzają się dość strome i nierówne podejścia. Turystów dzisiaj dość sporo. Ostatni odcinek wiedzie bokiem trasy narciarskiej, więc trzeba uważać bo z racji śniegu i błota jest tu bardzo ślisko. Docieramy do górnej stacji wyciągu, jednak nie jest to jeszcze szczyt tylko Polana Stokłosica. Można tutaj usiąść na ławeczkach i odpocząć przed dalszą drogą podziwiając piękne widoki. Znajduje się tutaj również sokolarnia, którą można sobie zwiedzić. My zatrzymujemy się tylko na krótką chwilę i ruszamy dalej w kierunku szczytu, do którego prowadzi leśna droga, na szczęście już niezbyt stroma. Po około 30 minutach marszu w końcu osiągamy cel naszej wycieczki. Można tutaj dotrzeć również żółtym szlakiem przez Czantorię Małą, który jest nieco mniej stromy, ale znacznie dłuższy odległościowo, dlatego wybrałem czerwony. Jeśli chcemy skorzystać z żółtego, to z pociągu należy wysiąść na stacji Ustroń Zdrój i pokluczyć trochę po uliczkach Ustronia, aby trafić na początek szlaku. Przez miejsce, w którym obecnie się znajdujemy przebiega granica polsko-czeska. Sam szczyt jest zalesiony, więc aby podziwiać widoki trzeba wejść na wieżę widokową. Znajduje się ona po czeskiej stronie, więc jest obsługiwana przez Czechów, ale za wszystko można płacić też złotówkami, a i z dogadaniem się nie ma problemu. Wstęp na wieżę kosztuje 6 zł. Obok jest też kilka budek z pamiątkami i jedzeniem. Po zmierzeniu się ze sporą ilością schodów jesteśmy na szczycie wieży, skąd w końcu możemy delektować się widokami. Widzimy zarówno góry po czeskiej stronie, jak i Wisłę z Ustroniem oraz panoramę okolicy. Nad rejonami Bielska można dostrzec sporą mgłę, zapewne smog. Widzimy też położoną bezpośrednio obok nas Czantorię Małą. Jest tu trochę wietrznie, więc po dokładnym obejrzeniu i sfilmowaniu wszystkiego schodzimy na dół.

Powoli kierujemy się w drogę powrotną. Teraz idzie się już dużo łatwiej, bo z górki. Docieramy do Polany Stokłosica, gdzie robimy sobie dłuższą przerwę. Moglibyśmy teraz zejść z powrotem czerwonym szlakiem, jednak ze względu na stromość zejście w dół jest dużo trudniejsze i niebezpieczniejsze niż wspinaczka do góry. Skorzystamy więc z kolejki, dzięki czemu zdążymy na pociąg do Wisły, nie uda nam się już jednak obejrzeć Ustronia jako miejscowości. Zakupujemy bilety i jedziemy w dół. Widoki są piękne, a wkoło oprócz szumu wiatru nie słychać nic, ucichł cały gwar czy muzyka. Jazda trwa ok. 12 minut. Gdy docieramy na dolną stację kolejka zostaje na chwilę zatrzymana, ponieważ lokowana jest osoba niepełnosprawna wraz z wózkiem inwalidzkim. Szkoda, że nie miało to miejsca gdy byliśmy w najbardziej widokowym punkcie trasy. Dolna stacja kolejki. Docieramy na stację kolejową, gdzie mamy chwilę czasu. Flirtem podjeżdżamy 2 stacje, do Wisły Uzdrowisko. Mamy tu dosłownie 25 minut, więc bardzo szybko udajemy się na główny deptak w mieście. Niestety dziś spaceruje się nim trochę niewygodnie, ponieważ odbywały się jakieś zawody biegowe i cały jest obstawiony barierkami. Na stację powracamy tuż przed wjazdem CZARNEJ WISEŁKI do Gliwic. Powrót tą samą trasą i znów masakrycznie wolna jazda z Chybia Mnichu do Bronowa. Na fotki załapuje się Zalew Goczałkowicki. W Katowicach zmiana czoła i dosiada trochę osób. W Gliwicach jesteśmy ok. 18:30. Mamy godzinę czasu więc idziemy do galerii FORUM. Następnie ostatnim regio dojeżdżamy do Kędzierzyna.

Fotki: www.kolejomania.rail.pl/1pozsla.html
  Odpowiedz
#94
POZNAJEMY ŚLĄSKĄ KRAINĘ 2

Tym razem bardziej komunikacyjnie niż kolejowo.

19.04.2018.
Kędzierzyn - Gliwice - Ruda Chebzie - Katowice - Tychy - Mikołów - Gliwice - Kędzierzyn


19 kwietnia miałem wolny dzień, więc postanowiłem wybrać się do województwa śląskiego. Za główny cel obrałem sobie zaliczenie pierwszej w mojej ‘karierze’ sieci trolejbusowej. U naszych południowych sąsiadów ten środek transportu jest popularny i spotykany w wielu miastach (jak chociażby w Ostrawie czy Opawie), a u nas trolejbusy ostały się w zaledwie 3 miastach: Gdynia, Lublin i Tychy. Oczywiście dzisiaj zaliczę sieć w tym trzecim mieście. Oprócz tego w planie także zwiedzenie Rudy Śląskiej, Mikołowa i katowickiego Nikiszowca. Wyruszam regio do Gliwic o 6:47 wraz z Kasią, która jedzie tym pociągiem do pracy. Mam nadzieję, że pociąg nie złapie pleców, a do kas KŚ w Gliwicach nie będzie kolejek, ponieważ muszę zdążyć kupić bilet na 14-minutowej przesiadce, w przeciwnym razie będę musiał realizować mniej korzystny wariant planu. Na szczęście po przyjeździe na miejsce okazuje się, że w holu pustki, więc zakupuję EKO Bilet, odprowadzam Kasię na Plac Piastów, a następnie szybko powracam na dworzec i wsiadam w osobówkę o 7:37, na której stary kibel. Bilet, który zakupiłem to rewelacyjna oferta. Umożliwia on podróżowanie wszystkimi środkami transportu: pociągami, trolejbusami, tramwajami i autobusami zarówno KZK GOP i MZKP jak również MZK Tychy. Do pełni szczęścia brakuje tylko pociągów PR, ale i tak jest super, bo w końcu nie trzeba kombinować, żeby ograniczać się do jednego środka transportu czy przewoźnika. Mogę więc podjechać sobie kilka stacji pociągiem, następnie wsiąść w autobus, znów przesiąść się na pociąg, a na stacji docelowej wskoczyć w tramwaj. Pełna swoboda. Bilet dostępny jest w 3 wariantach: na 6 godzin, 12 godzin i 24 godziny. Ja wybrałem wariant na 12 godzin, który kosztuje 24 zł. Zapełnienie pociągu duże, bo to pora dojazdu do szkół, uczelni i pracy. Moim celem jest Ruda Śląska. Miasto to jest bardzo rozległe i składa się z wielu porozrzucanych dzielnic, jednakże za główny rynek miasta jest uznawany Plac Jana Pawła II w dzielnicy Nowy Bytom. Wysiadam na stacji Ruda Chebzie. Jak większość stacji na odcinku Gliwice-Katowice posiada ona jeden peron wyspowy. Budynek dworca w remoncie. Mam 8 minut aby dotrzeć na pętlę tramwajową, więc szybko tam biegnę i gdy docieram na miejsce akurat podjeżdża już mój tramwaj 9-ka. Podjeżdżam kilka przystanków i jestem na Placu Jana Pawła II w Nowym Bytomiu, gdzie spędzam chwilę czasu. Muszę teraz wrócić na stację kolejową w Chebziu i planuję zrobić to również tramwajem linii 9. Niestety coś się on nie pojawia, więc wsiadam w pierwszy autobus jaki nadjeżdża. Jadę trochę na czuja sugerując się listą przystanków z rozkładu, bo nie wiedziałem, że przystanek Chebzie Rondo dla autobusów to to samo co Chebzie Pętla dla tramwajów. Na jednym z przystanków wsiadają kanary, jednak słabo się maskują, bo już widząc ich stojących na przystanku można poznać, że to oni. Jednak jeden facet stojący wraz z ze mną na końcu autobusu orientuje się w ostatniej chwili i postanawia szybko opuścić pojazd, przez co dochodzi do szarpaniny w drzwiach i wyzwisk. Po rozpoczęciu kontroli mamy taki sam obrazek jak zwykle: od razu z automatu wypisywanych jest co najmniej 5 wezwań do zapłaty. Jest tak niemal za każdym razie gdy trafiam na kontrolę w autobusie lub tramwaju. Nigdzie poza GOP-em nie zaobserwowałem takiego zjawiska. Po przyjeździe na pętlę (czy jak kto woli rondo) szybko przechodzę z powrotem na dworzec Chebzie. Te kilka minut, które pozostają mi do przyjazdu pociągu wykorzystuję na ekspresowe fotki. Przybywa dość pustawy długi elf, którym podjeżdżam do Katowic.

W dalszą drogę udam się autobusem 930, do którego mam ok. pół godziny. Pierwszy raz będę odjeżdżać z podziemnego dworca autobusowego znajdującego się pod katowickim dworcem kolejowym. Tabor to żadna atrakcja bo zjawia się znany mi aż do znudzenia Solaris Urbino 12. Obsługujemy kilka przystanków w centrum Katowic, a następnie wjeżdżamy na Drogową Trasę Średnicową, która przypomina coś w rodzaju drogi ekspresowej, z której są zjazdy do poszczególnych dzielnic. My zjeżdżamy w Szopienicach i po pokonaniu jeszcze kilku przystanków docieramy do Nikiszowca. Jest to zabytkowa dzielnica składająca się z grupy familoków zbudowanych według specjalnego regularnego układu. Powstała na początku XX wieku. Z tego co czytam na tablicach informacyjnych w pobliżu przystanku, ciekawych walorów jest tutaj znacznie więcej np. każde ze 126 wejść do klatek schodowych jest inne. W centralnej części dzielnicy znajduje się placyk z kościołem i pocztą oraz sklepami i knajpkami. Jest nawet sklep z pamiątkami, w którym można zakupić np. pocztówki czy magnesy z Nikiszowca jak również dużo innych gadżetów w śląskiej gwarze. Przy kościele zbierają się uczestnicy mającego rozpocząć się niebawem pogrzebu. Trębacz przed kościołem od czasu do czasu wykonuje jakiś utwór pogrzebowy. W pobliżu znajduje się także szkoła. Zaplanowałem tu sobie ok. godziny co pozwala na spokojne obejście całego osiedla. W dalszą drogę udam się autobusem linii 292, który trochę się spóźnia. Jedziemy przez katowickie dzielnice Giszowiec czy Ochojec. Jazda przypomina bardziej podróż PKS-em po wioskach, ponieważ z jednej dzielnicy do kolejnej pokonujemy nieraz długie dystanse przez kompletne odludzia, całkiem podobnie jak w moim mieście. Pod koniec jazda robi się już nieco nużąca. Wysiadam na przystanku Piotrowice Dworzec PKP, który jak można się domyślić znajduje się przy stacji kolejowej Katowice Piotrowice. Dojście z przystanku na stację jest jednak tak debilnie zaplanowane, że bez większego wahania przechodzę na chama przez ruchliwą ulicę i od razu jestem na miejscu. Są tu 3 krawędzie peronowe. Dwie należą do dwutorowej linii z Katowic w kierunku Tych i Bielska-Białej, natomiast trzecia położona nieco wyżej to jednotorowa trasa do Rybnika, która właśnie tutaj się odgałęzia. W niewielkim budynku dworca jak czytam znajduje się teatr. Ponieważ autobus przyjechał odrobinę spóźniony muszę poczekać na pociąg około pół godziny, co pozwala na spokojne zrobienie zdjęć. Wsiadam w elfa Kolei Śląskich do stacji Tychy Lodowisko.

Wysiadam na stacji Tychy ‘zwykłe’, ponieważ tutaj mogę rozpocząć zaliczanie sieci trolejbusowej. Przed dworcem znajduje się kilka stanowisk. Pierwsze dwa należą do trolejbusów, pozostałe przeznaczone są dla autobusów z podziałem na kierunki. Przy każdym stanowisku oprócz tradycyjnych rozkładów w gablotach mamy też elektroniczne tablice wyświetlające kilka najbliższych odjazdów wraz z czasem w minutach. Linie trolejbusowe mają oznaczenia literowe, a tabor to z tego co widzę wyłącznie Solarisy Trollino, ale różne generacje (mi najbardziej przypadły do gustu te wyglądające na najnowszą partię, w typowym zielono-żółtym malowaniu MZK Tychy). Zaczynam od najczęściej jeżdżącej linii czyli A. Jadę w pełnej relacji przez południową część miasta aż do dzielnicy przemysłowej. W mieście jest tylko jedna typowa pętla trolejbusowa (zaliczę ją na samym końcu), wszystkie pozostałe trasy (także dworzec PKP, z którego wyruszyłem) funkcjonują jako mniejsze lub większe pętle uliczne, a jedna z linii (F) jest okólna, a dokładniej jej trasa jest w kształcie „ósemki”. Dzielnica przemysłowa to właśnie ta większa pętla uliczna, przy której znajduje się też zajezdnia trolejbusowa. Objeżdżam sobie całą pętlę i wysiadam na przystanku Paprocańska, aby złapać najrzadziej kursującą linię C. Niestety okazuje się, że będę musiał czekać prawie pół godziny. Żeby nie sterczeć na przystanku przechodzę na drugą stronę ulicy i łapię ją jak jedzie w drugą stronę i jeszcze raz objeżdżam pętlę. Po zaliczeniu odcinka, który można zaliczyć tylko linią C wysiadam na przystanku E. Leclerc aby przesiąść się na E. Znów okazuje się, że muszę trochę poczekać i mógłbym objechać sobie pętlę uliczną przy dworcu, ale za późno się orientuję, więc muszę już zostać tu gdzie jestem i czekać aż podjedzie pasujący trolejbus. Jadę teraz linią, której trasa wiedzie między innymi przy stacji Tychy Grota-Roweckiego, a następnie wzdłuż biegnącej w wykopie linii kolejowej i nieużywanej obecnie stacji Tychy Miasto. Na jednym z przystanków wsiada duża grupa dzieci szkolnych, więc jazda jest średnio komfortowa. Dojeżdżamy do wspomnianej jedynej pętli trolejbusowej Paprocany. Pętla skromniutka, mogą znajdować się na niej jednocześnie 2 pojazdy, bo kończą tu 2 linie. Nieopodal znajduje się Jezioro Paprocańskie, nad które udaję się na chwilę. Po powrocie na pętlę wyruszam linią B, którą zaliczę ostatnią trasę. Kilka pierwszych przystanków jedziemy tak samo, jednak przy torach nie skręcamy w lewo, aby jechać wzdłuż linii kolejowej, tylko przecinamy je na wysokości przystanku Tychy Lodowisko, a później jedziemy koło tyskiego szpitala. Do zaliczenia pozostaje mi jeszcze kawałek pętli ulicznej do dworca, ale najpierw wysiadam na przystanku Hotelowiec, aby zaliczyć miasto. Kieruję się w ulicę, która według planu ma doprowadzić mnie do Rynku, wcześniej jednak trafiam na Plac Baczyńskiego z dużą fontanną i to właśnie on bardziej pełni funkcję rynku. Jest tu też księgarnia, w której zakupuję pocztówkę z Tychów oraz z Mikołowa, gdzie jeszcze dziś się udam, ale z racji że będę tam po 17:00 zakładam, że księgarnie będą już pozamykane. Natomiast Rynek z nazwy okazuje się niewielkim placykiem z kilkoma ławeczkami i fontanną. Obok jest też kościół położony na niewielkiej górce. Powracam na przystanek trolejbusowy i najbliższym pojazdem jaki podjeżdża zaliczam ostatni brakujący mi odcinek do dworca PKP. Mam teraz nieco ponad pół godziny do linii 33, którą zamierzam pojechać do Mikołowa (a później docelowo do Gliwic), wcześniej jednak zjawia się linia 75 również jadąca do Mikołowa. Rozważałem jazdę też nią, ale gdy po wejściu do pojazdu zobaczyłem jaki jest tłok zdecydowałem się podjechać tylko 2 przystanki i wysiąść w rejonie McDonalda. Aby dostać się do restauracji należy pokonać ruchliwe skrzyżowanie, przez które przejście jest tylko z jednej strony i oczywiście najpierw poszedłem tą złą stroną... Biegnie tędy również jakiś niezelektryfikowany tor. Po zakupieniu zestawu powracam na przystanek i zamierzam czekać już tutaj na 33, ale akurat pojawia się autobus 696 do dworca, więc podjeżdżam i tam konsumuję zakupione jakże zdrowe mcdonaldowe jedzenie. W końcu wsiadam w 33 i definitywnie opuszczam Tychy.

Jedziemy między innymi przez dzielnicę o nazwie Wilkowyje, która zapewne pierwsze skojarzenie jakie przywodzi na myśl to popularny serial telewizyjny „Ranczo”. Jedziemy głównie przez pola dość ruchliwą drogą, z której po pewnym czasie zjeżdżamy do Mikołowa. Kluczymy po ulicach miasta, żeby w końcu dojechać do przystanku Plac 750-lecia, gdzie wysiadam. Mam godzinę czasu do kolejnego kursu 33. Zaledwie kilkadziesiąt metrów stąd znajduje się rynek. Jego centralnym punktem jest fontanna. Z racji pięknego słonecznego popołudnia mamy wielu spacerowiczów i rodzin z dziećmi. Spaceruję też po okolicznych uliczkach, które nie sprawiają już wrażenia tak zadbanych, ale mimo wszystko spaceruje się nimi dość przyjemnie, ale może to wynikać z pogody i ogólnej atmosfery dzisiejszego dnia. Gdy zbliża się godzina odjazdu autobusu powracam na przystanek. Do Gliwic mógłbym także udać się jadącą chwilę później linią 41 obsługiwaną przez KZK GOP, ale decyduję się pozostać już przy MZK Tychy. Na linii 33 podobnie jak na wcześniejszym kursie podjeżdża przegubowy Solaris. Zaliczamy jeszcze dworzec kolejowy i wyjeżdżamy z miasta. Trasa w większości polna i przez wioski, dużo przystanków jest przez nas pomijanych, bo linia jest przyspieszona. Istnieje jeszcze szybsza linia łącząca Tychy z Gliwicami – E-2, która jedyny postój na całej trasie ma na Placu 750-lecia w Mikołowie, ale o tej porze już nie kursuje. Na wjeździe do Gliwic mijamy spory węzeł drogowy przy centrum handlowym Europa Centralna. W pobliżu krzyżują się autostrady A1 i A4. Ok. 18:30 jestem na gliwickim Placu Piastów. Zakupuję bilet na regio do Kędzierzyna, idę na chwilę do galerii Forum, a później ostatnim kiblem dojeżdżam do domu, z lekkim opóźnieniem, bo czekaliśmy na opóźnioną osobówkę z Częstochowy.

Fotki, skany biletów: www.kolejomania.rail.pl/2pozsla.html
  Odpowiedz
#95
TARGOWA RANDKA Z DOROTĄ

24.04.2018.
Kędzierzyn - Gliwice - Katowice - Sosnowiec Południowy - Sosnowiec Dańdówka - Dorota - Dąbrowa Górnicza Ząbkowice - Zawiercie - Dąbrowa Górnicza - Zawiercie - Dąbrowa Górnicza Ząbkowice - Dorota - Sosnowiec Jęzor - Mysłowice - Katowice - Gliwice - Kędzierzyn


W wybranych dniach marca i kwietnia odbywały się objazdy w województwie śląskim. Można było zaliczyć 2 nieużywane na co dzień w ruchu pasażerskim odcinki, które łączyły się na posterunku odgałęźnym Dorota a konkretnie: Sosnowiec Dańdówka - Dorota oraz Dorota - Sosnowiec Jęzor. Objazdy odbywały się głównie pociągami PKP IC. Na zaliczenie objazdów wybrałem się 24 kwietnia. Data została wybrana nie przypadkowo, ponieważ w ten dzień rozpoczynały się targi Silesia Komunikacja w Sosnowcu, na które jak co roku miałem zaproszenie i dało się to wszystko razem połączyć. Wyruszam regio o 5:45 do Gliwic. Z racji objazdów na odcinku Katowice-Zawiercie wprowadzono wzajemne honorowanie biletów między PKP IC a Kolejami Śląskimi, dzięki czemu nie trzeba było kupować biletu w taryfie Wcześniej i przywiązywać się do konkretnego pociągu. Po przyjeździe do Gliwic zakupuję więc bilet „10 godzin po sieci” za 18 zł. Jest to okrojona wersja biletu dobowego KŚ ważna tak jak w nazwie i bez dodatkowych przywilejów jak np. możliwość wjazdu do pierwszej stacji za granicą, ale w zamian tańsza. Na potrzeby mojego dzisiejszego wyjazdu nadaje się idealnie. Bilet mam ważny od 7:00, więc muszę przepuścić osobówkę jadącą o 6:40 i zajmuję miejsce w Elfie odjeżdżającym o 7:00. Po podaniu odjazdu na peron w ostatniej chwili wbiega kobieta i naciska przycisk zablokowanych już drzwi. Pociąg jednak odjeżdża pozostawiając ją na peronie. Wiem jak to boli, bo też zdarzyło mi się tego doświadczyć, gdy minimalnie spóźniłem się na pociąg na uczelnię czy do pracy. Tongue Po dojeździe do Katowic mam pół godziny czasu. Na stacji zjawia się kibel Kolei Mazowieckich, który jeździ w Kolejach Śląskich jako zastępczy skład za Elfa 2, którego dostawa opóźnia się.

Wsiadam w IC PILECKI do Warszawy, którym zaliczę pierwszy objazd. Mógłbym tym pociągiem jechać od samego Kędzierzyna, ale wyniosłoby mnie to znacznie drożej i przede wszystkim nie miałbym jak kupić biletu „10 godzin po sieci”, więc stwierdziłem, że ta godzina już mnie nie zbawi. W wagonie 8 jak zwykle luz, więc tam się lokuję. Za Katowicami kierujemy się do Sosnowca Południowego, gdzie mamy postój handlowy, ale nie zauważyłem by ktoś z niego korzystał. Najpierw jedziemy trasą, z której korzystają pociągi z Katowic w kierunku Olkusza, Sędziszowa i Kielc (z tego co widzę parametry się poprawiły), aby w Sosnowcu Dańdówce odbić na linię, która doprowadzi nas do posterunku odgałęźnego Dorota. Na tej trasie prędkość już niższa, więc jedziemy sobie tempem spacerowym. Widoczki dość przyjemne, a przed samą Dorotą nawet jeziorko. Na Dorocie nasza linia łączy się bezkolizyjnie z linią za Jaworzna Szczakowej do Dąbrowy Górniczej Ząbkowic, więc tor, którym jedziemy przejeżdża nad nią. Po cichu liczyłem, że objazd wiedzie również przez Dąbrowę Górniczą Wschodnią i Okradzionów, tak aby ominąć Ząbkowice, jednak kierujemy się prosto, właśnie na Ząbkowice. Odcinkiem Dorota-Ząbkowice też chyba obecnie nie kursuje nic pasażerskiego, ale dawniej można go było zaliczyć regularnymi pociągami, więc nie stanowi on aż takiej atrakcji. W Ząbkowicach trwa budowa tunelu pod peronami, więc przez stację toczymy się wolno. Na objeździe łapiemy ok. 10 minut opóźnienia, a ja w Zawierciu mam 4 minuty, aby przesiąść się na osobówkę KŚ, ale to nic, bo niecałe pół godziny później jedzie IC KORFANTY (ahh, nie ma to jak wzajemne honorowanie Smile ). Po przyjeździe do Zawiercia okazuje się jednak, że osobówka też jest opóźniona kilka minut i ostatecznie zdążam na nią. Przyjeżdża krótki Elf o dużym zapełnieniu, więc muszę zadowolić się rozkładanym krzesełkiem przy drzwiach. Udaję się teraz na targi. Odbywają się one w Sosnowcu, jednak hala targowa Expo Silesia znajduje się na samym końcu miasta, tuż przy granicy Sosnowca i Dąbrowy Górniczej, więc dużo korzystniej jest dotrzeć do głównego dworca w tym drugim mieście i podjechać 1 przystanek autobusem lub podejść pieszo, bo jest to dość blisko. Pociągiem jedzie grupa młodzieży z opiekunem. Z rozmów słyszę, że również jadą na targi i też będą szli ze stacji Dąbrowa Górnicza. Po półgodzinnej jeździe jestem w Dąbrowie Górniczej. Stacja nie jest imponująca: jeden peron wyspowy, nieużywany budynek dworca, na którym jeszcze do niedawna wisiała plandeka imitująca ładny budynek oraz kilka chyba nieużywanych torów dodatkowych. Jest też kasa Kolei Śląskich w kontenerze.

Do hali targowej docieram ulicami Kościuszki i Legionów Polskich, przejście zajmuje mi ok. pół godziny. Po przybyciu na miejsce okazuję zaproszenie i wydrukowany kupon (w przypadku zaproszeń także obowiązywała rejestracja przez internet) i odbieram bezpłatny bilet wstępu. Czas rozpocząć zwiedzanie stoisk. Tradycyjnie najpierw udaję się na stoisko KZK GOP, aby zobaczyć czy jest czasopismo „Komunikacja Publiczna”. Szczęśliwie jest i to całkiem sporo numerów, a oprócz tego można zdobyć także inne ciekawe gadżety. Niestety nie jest już wydawana papierowa mapa sieci, ze względu na zbyt dużą ilość zmian, które się wprowadza (czy tylko ja widzę tutaj analogię do Sieciowego Rozkładu Jazdy Pociągów?). Obok KZK GOP znajduje się również spore stoisko Tramwajów Śląskich. Z gazetowych stoisk warte jest jeszcze jeszcze stoisko czasopisma „Autobusy TEST”, na którym również można pobrać sporą ilość numerów oraz „Polski Traker” i TSL Biznes. Jest też trochę czasopism związanych już stricte z logistyką i magazynowaniem (na jednym ze stoisk można nawet otrzymać bezpłatną półroczną prenumeratę w zamian za pozostawienie wizytówki) ale te już mnie aż tak bardzo nie interesują. Można również zwiedzić Beskidzkiego Ogórka. Część hali to „Spotkania transportowe” czyli miejsce gdzie prezentują się różne firmy, a wokół niego są umiejscowione właśnie stoiska tych firm. Poza stoiskami sporą część hali zajmują pojazdy. Możemy oglądać między innymi pojazdy najbardziej znanych producentów jak Man, Solaris, Scania czy Volvo. Swoją premierę ma elektryczny bus Automet MiniCity Electric. Około godziny 11:00 na scenie przy wejściu odbywa się oficjalne otwarcie targów, a następnie uroczystość przekazania ostatniego autobusu firmy MAN dla PKM Katowice. Zamówienie, którego realizacja właśnie się zakończyła obejmowało 40 autobusów, więc pani prezes PKM Katowice otrzymuje 40 żółtych róż, ponieważ kolorystyka autobusów tego przewoźnika jest właśnie żółta. Jest też tort z racji, że są to 10. jubileuszowe targi Silesia Komunikacja. W trakcie zwiedzania targów spotykam kilku znajomych w tym byłego kolegę z pracy. Nie mogło również zabraknąć stoiska miasta Sosnowiec. Robię też zdjęcia innych stoisk.

Z targów do domu powrócę sobie zaliczając drugi objazd. Do wyboru mam 4 pociągi, zdecydowałem się na TLK SZTYGAR, który odjeżdża z Zawiercia o 14:42. Halę opuszczam więc około 13:00 i tym razem na dworzec w Dąbrowie Górniczej idę trochę inną trasą bo przez park. Zanim dotrę na stację robię jeszcze kilka zdjęć na głównym placu w mieście. Osobówka, którą pojadę do Zawiercia lekko opóźniona, jak większość dzisiaj, a opóźnienia zapewne spowodowane przez remont między Będzinem a Dąbrową Górniczą. Bardziej martwi mnie jednak widoczne na infopasażerze prawie półgodzinne opóźnienie SZTYGARA, które złapał koło Włoszczowej. Co gorsze, ONDRASZEK, który stanowiłby jeszcze alternatywę gdyby coś się stało ze SZTYGAREM też ma prawie godzinę w plecy. Elfem docieram z Dąbrowy do Zawiercia. Chwilę później na stację wjeżdża EIC GÓRNIK z Warszawy do Gliwic. Jakiś gość upewnia się u drużyny czy może na nim jechać na bilecie KŚ (honorowanie obejmuje wszystkie pociągi oprócz EIP). Konduktorowi wydaje się, że nie i odsyła gościa do kierownika. Ten też ma wątpliwości ale ostatecznie każe mu wsiadać. Ja mam trochę więcej czasu niż przewidywałem, więc mogę na spokojnie obejrzeć sobie stację, na której jeszcze nigdy nie miałem okazji być dłużej. Peron 1, z którego z reguły odjeżdżają pociągi kierujące się na CMK chwilowo nieczynny bo trwa remont toru. Budynek dworca zadbany, a w środku niewielki hol, kasy IC i KŚ oraz kilka sklepików. W innej części budynku znajduje się pizzeria La Stazione, która sprawia, że w całej okolicy budynku unosi się zapach pizzy. Gdybym miał więcej czasu z pewnością bym sobie jakąś zamówił. Przed dworcem niewielki placyk, ale okolica nie sprawia wrażenia jakby miało być coś ciekawego w mieście, przeglądając jego plan nie stwierdziłem chyba nawet rynku. Na szczęście po kolejnym sprawdzeniu infopasażera okazuje się, że SZTYGAR na CMK zredukował opóźnienie do zaledwie 7 minut i zjawia się chwilę przed 15:00. Frekwencja niezbyt duża, więc bez problemu znajduję sobie pusty przedział do komfortowego zaliczania. Najpierw wracamy się do rozkopanych Ząbkowic, a potem tą samą trasą co rano jedziemy do posterunku Dorota. Następnie odbijamy w prawo razem z torem, który po chwili kieruje się w stronę Sosnowca Dańdówki (aby niedługo później połączyć się z drugim torem tej linii, którą zaliczałem rano). Po lewej stronie poniżej naszego poziomu widzimy wjazd na stację Sosnowiec Maczki. Widoki na trasie objazdowej nawet dość ciekawe. Pod koniec objazdu przejeżdżamy długim wiaduktem, którym lekko po skosie przecinamy trasę Kraków-Katowice. Dołączamy się do niej na stacji Sosnowiec Jęzor. Dalej już czynną w ruchu pasażerskim linią jedziemy do Katowic, mając dodatkowy postój handlowy w Mysłowicach. Podczas kontroli zarówno rano jak i teraz nie było żadnej nadzwyczajnej reakcji na fakt, że jadę na bilecie KŚ, teraz jedynie konduktorka dopytała czy jadę do Katowic. W Katowicach przesiadka na osobówkę do Gliwic, na której jadą dwa sprzęgnięte Elfy 2. W Gliwicach z kolei przesiadka na kibel do Kędzierzyna i po 17:00 jestem u siebie.

Fotki, skany biletów: www.kolejomania.rail.pl/targrand.html
  Odpowiedz
#96
WĄSKOTOROWA EURO NYSA KWIETNIOWA

DZIEŃ 1 - 27.04.2018.
Kędzierzyn - Opole - Wrocław - Węgliniec - Görlitz - Zittau - Kurort Oybin - Zittau - Liberec

Na koniec kwietnia wybraliśmy się z Kasią na 2-dniową wycieczkę na pogranicze polsko-niemiecko-czeskie, korzystając z biletów Euro Nysa. Pierwszy dzień był bardziej turystyczny, drugi kolejowo-zaliczeniowy, a nocleg mieliśmy w Libercu w sprawdzonym już przeze mnie w zeszłym roku hotelu ARENA. Wyruszamy w piątek 28 kwietnia szynobusem z Kędzierzyna do Opola o 4:41. W Opolu pojazd przechodzi na regio do Nysy, a my przesiadamy się na kibel do Wrocławia. We Wrocławiu pół godziny czekania i wyruszamy w dalszą drogę dolnośląskim impulsem relacji Wrocław-Lubań Śląski. Trafiliśmy zapewne na skład z najnowszej transzy, bo z takimi siedzeniami do tej pory się nie spotkałem. Z jednej z pobliskich czwórek dobiega znajomy głos – jedzie tam kol. WARS-ik, który wysiada w Legnicy. W Węglińcu kolejna przesiadka na pociąg Zielona Góra – Görlitz który spotyka się tu z pociągiem przeciwnej relacji. W praktyce jednak szynobus, który przyjechał z Görlitz powraca tam, ponieważ na odcinku od Węglińca w stronę Żar jest KKA. Około 10:00 docieramy do Görlitz. W praktyce jednak szynobus, który przyjechał z Görlitz powraca tam, ponieważ na odcinku od Węglińca w stronę Żar jest KKA.

Około 10:00 docieramy do Görlitz. Zaglądamy do dworcowej księgarni, a później wychodzimy przed dworzec i czekamy na tramwaj. Trwa aktualnie remont i na części trasy ruch odbywa się po jednym torze, więc jedna z linii została skrócona, tak aby nie kursowała po remontowanym odcinku. Tramwaj przybywa lekko opóźniony. Jedziemy do przystanku Jägerkaserne, a następnie udajemy się obejrzeć obydwa rynki: Obermarkt i Untermarkt. Schodzimy też do mostu granicznego łączącego Görlitz i Zgorzelec. Podczas poprzedniej mojej wizyty uliczka prowadząca z rynku w dół do mostu była w remoncie. Spacerując uliczkami starówki powoli cofamy z powrotem w kierunku dworca. Droga wiedzie m.in. przez Demianiplatz oraz Postplatz. Zaglądamy też do kilku sklepów m.in. Drogerie Markt oraz Euro-Shopu. W tym drugim można kupić sporo ciekawych rzeczy (książki, płyty, artykuły papiernicze czy kuchenne, a nawet kijek do selfie), wszystko za 1 euro. Z głównego deptaku można tez wejść w zadaszony pasaż handlowy, gdzie znajdują się głównie markowe butiki. Po drugiej strony mamy duży plac z kwiatami. Tramwajem podjeżdżamy z powrotem na dworzec. W tą stronę wysiada się na przystanku tymczasowym usytuowanym przed zakrętem. Wsiadamy w desiro relacji Cottbus-Zittau. Trasą jechałem wielokrotnie, więc tylko przypomnę, że przecina ona granicę polsko-niemiecką kilkukrotnie (a jazdę po polskich torach da się wyraźnie odczuć) i mamy tu jedną stację na terenie Polski – Krzewinę Zgorzelecką, z której można przejść kładką do niemieckiej miejscowości Ostritz. W Zittau plan jest taki, że najpierw przejedziemy się wąskotorówką, a później wrócimy sobie przez starówkę. Wąskotorówkę mam zaliczoną w całości, ale było to prawie 10 lat temu, więc z miłą chęcią sobie przypomnę, a dla Kasi będzie to nowa trasa. Na stacji normalnotorowej nadal trwa remont i idąc na perony trzeba nadłożyć trochę drogi, ale nie ma już takiego rozpierniczu, jakby był podczas mojej poprzedniej wizyty w maju 2017. Na przesiadkę z pociągu normalnotorowego jest tylko kilka minut, więc szybko udajemy się na stację wąskotorową i zajmujemy miejsce w wagonie letnim. Dziś zwykły dzień roboczy, więc rozkład kolejki jest okrojony. Po odjeździe kontrola biletów, kierownik pyta nas, do którego kurortu jedziemy. Odpowiadam, że do Kurortu Oybin, bo tam jedzie właśnie ten skład. Aby jechać do Kurortu Jonsdorf trzeba przesiąść się na stacji Bertsdorf. Delektujemy się jazdą w odkrytym wagonie przy pięknej słonecznej pogodzie. W Bertsdorfie okazuje się, że pociąg do Kurortu Jonsdorf prowadzi dziś lokomotywa spalinowa, a nie parowóz. Do naszego wagonu wsiada grupa dziewczyn, z napisów na koszulkach wynika, że są to uczestniczki wieczoru panieńskiego jednej z nich. Podchodzą z koszykiem do pasażerów, aby coś im wrzucać (a w zamian dają jakieś ciasteczko czy coś), ale do nas nie podeszły bo chyba zauważyli, że my obcokrajowcy. Tongue Odbywa się równoczesny wyjazd obu pociągów, ale przy lokomotywie spalinowej nie jest on tak efektowny jak przy dwóch parowozach. Odcinek od Bertsdorfu do Kurortu Oybin jest chyba najładniejszy, wkoło lasy, pagórki, a gdzieniegdzie skalne ściany. Taka ściana znajduje się także przy stacji końcowej, na której parowóz oblatuje skład. Ruszamy w drogę powrotną. Ponieważ w takim odkrytym wagonie jednak trochę wieje, w Bertsdorfie przesiadamy się do zadaszonego wagonu. Wysiadamy na stacji Zittau Süd bo jak wynika z mapy stąd jest najbliżej na starówkę. Docieramy tam wąską uliczką i spędzamy chwilę czasu na rynku, którego centralną część zajmuje ratusz. Rynek całkiem przyjemny, na którym zapewne można w miły czas spędzić słoneczne popołudnie,Następnie kontynuujemy spacer, aby dotrzeć do dworca głównego. Z mapy wynikało, że jest to dość daleko, na szczęście dystans nie okazał się aż tak duży. Na stację przybywamy chwilę przed pociągiem.

W dalszą drogę powiezie nas szynobus przewoźnika Trilex do Liberca. Znów jedziemy przez Polskę, a konkretnie przez wioskę Porajów, której mieszkańcy nigdy nie mieli możliwości skorzystania z pociągów, mimo że przez sam środek miejscowości przejeżdża ich codziennie cała masa. Prędkość na odcinku torów należących naszego kochanego narodowego zarządcy infrastruktury tragiczna… Po wjeździe do Czech natychmiast gwałtownie przyspieszamy. W Hrádku nad Nisou jak zawsze nieco dłuższy postój i dosiada sporo pasażerów. W Libercu jesteśmy przed 18:00. Zanim udamy się do hotelu pojedziemy najpierw jeszcze na starówkę. Do tramwaju niecałe 15 minut, akurat żeby zjeść włoskiego loda, które sprzedają przy dworcu. Tramwajem dojeżdżamy do przystanku Šaldovo Náměstí, z którego bezpośrednio wchodzi się do galerii Liberec Plaza. Szybka wizyta w Billi w celu uzupełnienia zapasów wody i prowiantu, a następnie wychodzimy po drugiej stronie galerii prosto na rynek. W jednym z punktów gastronomicznych zakupujemy 40-centymetrową pizzę i konsumujemy na ławce. Następnie powracamy na przystanek i czekamy na tramwaj, którym udamy się w pobliże hotelu czyli do przystanku Staré Pekárny. Jeszcze kilkaset metrów do przejścia pieszo i jesteśmy na miejscu. Cena noclegu to 330 Kč od osoby, sala niby wieloosobowa, ale ostatnio byłem w niej sam i dziś również mamy pokój tylko dla siebie. Rezerwowałem podobnie jak ostatnio przez stronę hotel.cz i znów muszę napisać i trochę uczulić, że pracownicy tego portalu są średnio rozgarnięci. Po zarezerwowaniu noclegu przyszła informacja (podobnie jak ostatnio), że pokój zarezerwowany jest do godziny 18:00 więc jeśli przyjeżdżamy później to należy o tym poinformować. 2 dni po rezerwacji wysłałem więc wiadomość przez portal z prośbą o potwierdzenie rezerwacji i planowanej godzinie przybycia. Okazało się, że pracownica portalu zinterpretowała to jako… nową rezerwację i zarezerwowała mi kolejne 2 miejsca w drugim pokoju. Na szczęście po wymianie kilku maili bezpośrednio z hotelem udało się to odkręcić bez żadnych konsekwencji, bo pisząc z pracownicą portalu dostawałem odpowiedzi nie na temat…


DZIEŃ 2 - 28.04.2018.
Liberec - Zittau - Görlitz - Weisswasser - Bad Muskau - Weisswasser - Kromlau - Weisswasser - Görlitz - Wrocław - Kędzierzyn

Wstajemy po 5:00, ponieważ chcemy zdążyć na Trilexa po 6:00. Tak jak pisałem na początku wczorajszy dzień to było w sporej części zwiedzanie, natomiast dzisiaj zaliczę sobie ostatnie kolejowe braki na obszarze ważności biletu Euro Nysa czyli odcinek Görlitz – Horka oraz Mużakowską Kolejkę Leśną. Wychodzimy z hotelu i docieramy na przystanek tramwajowy skąd o 5:40 mamy mieć tramwaj na dworzec. Nie zjawia się on jednak, więc po odczekaniu kilku minut postanawiamy iść pieszo. Na szczęście nie jest to daleko, bo idzie się skrótem przez niewielki zagajnik, a tramwaj robi spore koło. Nasz pociąg jest już podstawiony. Tą samą trasą co wczoraj powracamy do Zittau. Tam chwila czekania i przyjeżdża desiro z Cottbus, które będzie tam powracać. W pociągu dostępna jest darmowa prasa, jednak jest na niej pieczątka, aby nie wynosić jej z pociągu. U kierownika można zamówić napoje np. kawę, herbatę czy gorącą czekoladę. Na każdym stoliku jest ulotka z niewielkim menu. Za Görlitz zamawiamy gorącą czekoladę, jednak z racji dość długo trwającej kontroli musimy na nią trochę poczekać. Ceny są przystępne, taniej niż w wagonach barowych w Polsce (za czekoladę zapłaciliśmy 1 euro, kawa była niewiele droższa). W Horce wydłużony postój ze względu na mijankę z pociągiem przeciwnej relacji, który ma opóźnienie.

W Weisswasser jesteśmy przed 9:00. Na początek kilka zdjęć stacji normalnotorowej. Pociąg wąskotorowy odjeżdża o 10:00, więc mamy czas, aby na spokojnie obczaić dojście na stację wąskotorową, bo później będziemy musieli szybko przemieścić się z jednej na drugą. Przez chwilę mamy problem, bo według mapy powinniśmy iść drogą, której fizycznie nie ma. Docieramy w rejon hali postojowej dla taboru wąskotorówki. Akurat podstawiany jest skład, a pracownik kolejki zabezpiecza przejazd kolejowy. W samym miasteczku chyba nie ma za bardzo nic do zwiedzania, jest jedna główna ulica, na której znajduje się poczta i różne sklepy, na planie nie znalazłem żadnego głównego placu, który pełniłby funkcję rynku. Miasteczko sprawia wrażenie trochę wymarłego. W końcu nieco inną droga niż wynikałoby to z mojej mapy docieramy na wąskotorową stację Weisswasser Teichstrasse. Zaliczymy sobie obie trasy, na których prowadzony jest regularny ruch pasażerski (i honorowany jest bilet Euro Nysa) czyli trasy Weisswasser – Bad Muskau i Weisswasser – Kromlau. Nie będzie to jednak cała sieć kolejki, ponieważ jest jeszcze trzecia trasa do Schwerer Berg (tzw. Tonbahn), która odgałęzia się w połowie trasy do Kromlau, a przewozy na niej prowadzone są na zasadzie imprez specjalnych, na które trzeba wykupić bilet za 15 euro. Dziś jest właśnie jeden z takich dni, więc na stacji stoją dwa składy: jeden, który będzie obsługiwał kursy planowe i drugi jako pociąg specjalny. Z tego co czytałem na stronie internetowej na dzisiejszy przejazd specjalny wszystkie bilety zostały wykupione. Na stacji jest bufet i darmowa toaleta oraz plac zabaw. Im bliżej odjazdu tym gromadzi się coraz więcej ludzi. Tuż przed 10:00 przybywają autokary, które przywożą uczestników pociągu specjalnego. Najpierw rusza nasz pociąg do Bad Muskau. Wagony letnie, ale posiadają zadaszenie, więc nie wieje aż tak bardzo jak na kolejce w Zittau. Jeden z pracowników obsługi z wyglądu trochę podobny do Wojciecha Cejrowskiego. Kolejka nazywa się Waldeisenbahn Muskau, więc spora część trasy wiedzie przez las. Kawałek za stacją Weisswasser Teichstrasse jest przystanek Weisswasser Muzeum. Zaraz za nim rozgałęziają się linie do Bad Muskau oraz Kromlau. My kierujemy się w prawo. Po drodze jest kilka przystanków, jednak przez większość przejeżdżamy bez zatrzymania. Jest też jeden przejazd kolejowy, przed którym zatrzymujemy się, aby obsługa go zabezpieczyła. Na drodze wzdłuż której od czasu do czasu jedziemy mijamy kilka dorożek. Końcowa stacja Bad Muskau położona jest na łuku, co pozwala zrobić ładne fotki podczas oblotu składu, jak również po podpięciu lokomotywy do wagonów. Dziś kursy obsługuje spalinówka wystylizowana na parowóz, ale są także dni kiedy pociągi prowadzi prawdziwa lokomotywa parowa. Przesiadamy się do innego wagonu. Obsługa podczas kontroli długo przygląda się naszym biletom, pewnie pierwszy raz takie widzą. Nie wszystko rozumiem, ale najpierw chyba zastanawiają się czy te bilety w ogóle są tu ważne, a później jeden gość pokazuje drugiemu gdzie na blankiecie jest data ważności biletu, a gdzie data i miejsce zakupu. Do Weisswasser powracamy tą samą trasą. Tutaj kolejny oblot, bo skład przechodzi teraz na pociąg do Kromlau, a my mamy chwilę przerwy.

W drugą trasę wyruszamy o 11:35. Pierwsze kilkaset metrów jedziemy tak jak poprzednio, a za przystankiem przy muzeum odbijamy tym razem w lewo. Trasa również biegnie w sporej części przez lasy, ale jest zupełnie inna od poprzedniej, bo mijamy bardzo dużo niewielkich jezior, z których wystają łyse pnie drzew. Przy jednym z takich jezior skręcamy ostrym łukiem w lewo, a na wprost idzie trasa do Schwerer Berg. Na stacyjce Kromlau szybki oblot składu. Większość pasażerów udaje się na zwiedzanie parku różaneczników, w drogę powrotną pojadą tylko pojedyncze osoby. Na powrocie również wykonujemy trochę zdjęć. W miejscu gdzie dołącza się linia ze Schwerer Berg na chwilę przystajemy, a obsługa wysiada, aby przestawić rozjazd. Jest też łącznica umożliwiająca przejazd z Kromlau bezpośrednio w kierunku Bad Muskau. A zaraz potem dołączamy się ponownie do linii z Bad Muskau. Ok. 12:20 jesteśmy ponownie na stacji Weisswasser Teichstrasse. Pociąg do Görlitz ze stacji normalnotorowej odjeżdża o 12:35, więc musimy w miarę szybko się tam udać. Gdybyśmy mieli więcej czasu z pewnością zamówilibyśmy sobie coś w stacyjnym bufecie, a żadne z nas nie wpadło na to, aby zrobić to w przerwie między jednym a drugim kursem. Po dotarciu na stację normalnotorową okazuje się, że nasz pociąg ma ok. 10 minut opóźnienia. Na szczęście nie zagraża to naszej przesiadce na pociąg do Wrocławia. W ogóle to z planem mieliśmy szczęście, ponieważ w weekend ostatnie połączenie pociągami regionalnymi z Görlitz do Kędzierzyna jest dość wcześnie i obawiałem się, że nie uda się tego zgrać z wąskotorówką, która kursuje głównie w weekendy, a tymczasem okazało się, że potrzebny nam pociąg łapiemy na 20 minutach i plan ładnie się zamyka. Smile W końcu przybywa nasze desiro. Frekwencja bardzo wysoka i sporo rowerzystów, ale na szczęście udaje nam się znaleźć 2 miejsca. W Horce tuż przed stacją odgałęzia się łącznica umożliwiająca przejazd w kierunku Bielawy Dolnej i Węglińca, którą miałem okazję zaliczyć Pociągiem do Kultury w zeszłym roku. Przed Görlitz mijamy fabrykę wagonów, z której produkty jeżdżą także po Polsce. Po dotarciu do Görlitz okazuje się, że pociąg z Drezna do Wrocławia odjedzie z tego samego peronu. I tu kolejny raz muszę ponarzekać na niemieckie systemy informacji pasażerskiej. Godzina odjazdu pociągu do Wrocławia to 13:33, na tablicy natomiast mamy „13:27 Wroclaw ”. Dopiero po konsultacji z innymi pasażerami na peronie potwierdzamy, że jest to godzina przyjazdu z Drezna, a nie odjazdu. Na tablicy przy godzinie nie ma ani pół słowa, że jest to przyjazd, wszystko wygląda tak samo jak u nas. Dopiero po przyjeździe pociągu wyświetla się 13:33. Jak dla mnie niepotrzebne i mylące i spowodowało wątpliwość czy mam na tyle czasu, aby szybko polecieć do sklepu na dworcu. Ostatecznie Kasia została na peronie, a ja pobiegłem mając z nią kontakt telefoniczny. W sklepie jeszcze jak na złość osoba przede mną realizowała chyba z 10 kuponów ichniejszego totolotka. W międzyczasie przyjechał skład 2 jednostek desiro. Na szczęście zdążam wrócić na peron przed odjazdem i nawet jeszcze zrobić zdjęcie. W tym pociągu frekwencja również wysoka, ale udaje się znaleźć dobre miejsca. W Zgorzelcu dobija kolejny tłum ludzi, sporo osób musi stać. Jedzie się całkiem fajnie, jedyne do czego mogę się przyczepić to trochę za mocno działająca klimatyzacja, która powoduje, że po jakimś czasie jest mi zimno. Dawniej pociągi Drezno-Wrocław były przyspieszone, teraz zatrzymujemy się na każdej stacji i przystanku, tylko między Legnicą a Wrocławiem mamy mniej postojów. We Wrocławiu mamy ok. pół godziny czasu. Idziemy do McDonalda po jedzenie na wynos i zajmujemy miejsce w impulsie Wrocław-Racibórz. Czwórkę dzielimy z 2 dzieciaczkami, chłopcowi od czasu do czasu zdarza się mnie kopnąć. Po jakimś czasie matka mówi do chłopca, aby uważał żeby mnie nie kopnąć, na co on odpowiada, że już 2 razy to zrobił. Tongue Dzieciaczki wysiadają w Świętej Katarzynie i dalej ich miejsca jadą puste, mimo że sporo osób stoi (albo tak źle wyglądamy albo nikt się zorientował Tongue ). W Kędzierzynie jesteśmy przed 19:00.

Fotki, skany biletów: www.kolejomania.rail.pl/kwieunys.html
  Odpowiedz
#97
DUNAJSKA MAJÓWKA

DZIEŃ 1 - 1.05.2018.
Kędzierzyn - Racibórz - Chałupki - Bohumín - Brno - Bratislava
 
W dniach 1-3 maja wybraliśmy się z Kasią do Bratysławy i Wiednia przy okazji zahaczając o Brno i Žilinę. Wyjazd był turystyczny i dla mnie w większości stanowił przypomnienie odwiedzonych już miejsc. Miałem co prawda plan, aby przy okazji doliczyć braki tramwajowe w Wiedniu, ostatecznie jednak potoczyło się inaczej, ale o tym później. Postanowiliśmy wyjechać z rezerwą czyli kiblem do Raciborza o przed 6:00. Pociąg ten aktualnie odjeżdża z toru przy peronie 1A, zastanawiająca jest przyczyna, ponieważ tor 8 przy peronie 4 jest w tym czasie wolny (być może są łatwiejsze manewry w celu podstawienia składu z szopy). W Bierawie nasz postój wydłuża się, więc łapiemy prawie 10 minut opóźnienia. W Raciborzu spędzamy trochę czasu w poczekalni (i przy okazji kupujemy przejściówki z Chałupek do Bohumína), a gdy przyjeżdża pociąg z Katowic, który przechodzi na pociąg do Chałupek idziemy na peron i wsiadamy do Elfa 2. Chwilę przed odjazdem przyjeżdża późniejszy pociąg z Kędzierzyna. Przesiada się z niego kol. Michał wraz z rowerem, który jedzie na wycieczkę do Czech. W Chałupkach mamy chwilę czekania na kibel do Bohumína. Niestety od tego rozkładu jadąc rano do Bohumína trzeba się przesiadać w Chałupkach, a z powrotem w ogóle nie można wyjechać z Bohumína (no chyba że EC PRAHA, bo osobówka jedzie pół godziny po odjeździe pociągu z Chałupek do Raciborza). Po kilku minutach jazdy kiblem jesteśmy w Bohumínie. Żegnamy się z Michałem, który ma więcej czasu i szybko przesiadamy się do rychlika Bohumín-Brno. Jazda po znanej trasie, więc za Přerovem ucinam sobie drzemkę. Gdy budzę się po jakimś czasie okazuje się, że jedziemy nie tak jak zwykle czyli „górą” przez Blažovice tylko „dołem” przez Křenovice horní nádraží. Mam więc okazję przypomnieć sobie tą trasę, szkoda że przez pierwsze kilometry nie byłem tego świadomy. W Brnie jesteśmy ok. 10:40 i mamy ponad 3 godziny czasu. W Czechach jeśli chodzi o otwarcie sklepów w święta nie jest to uregulowane i jest dowolność. Część sklepów jest otwarta (np. niektóre księgarnie czy sklepy spożywcze), a inne są zamknięte. Zaliczamy oba rynki czyli Náměstí Svobody i Zelný trh, idziemy też na wzgórze z katedrą Św. Piotra i Pawła, z którego jest ładny widok na Brno. Wracając zachodzimy do kolejowej restauracji Výtopna. W sumie to mój pierwszy raz w tej knajpce, bo będąc w Pradze tylko zajrzałem bez zamawiania. Zamawiamy frytki i piwo, które po jakimś czasie przywozi nam do stolika pociąg. W knajpce oprócz opłaty za jedzenie jest też tzw. „jízdenka” (czyli po prostu bilet), zapewne opłata przeznaczona na utrzymanie knajpki w wysokości 25 koron od osoby. Po jakimś czasie kolejny pociąg przywozi nam te bilety, a są nimi cukierki z logo restauracji i pocztówki. Po wypiciu piwa przyjeżdża kolejny pociąg, aby odebrać od nas pusty kufel. Jedzenie jest przynoszone normalnie przez kelnerów. Przy płaceniu okazuje się, że nie płacimy za „jízdenki” bo trafiliśmy na happy hours. Tongue Powoli kierujemy się w stronę dworca.
 
W dalszą drogę wyruszamy EC z Pragi do Budapesztu o 14:23. Od tego rozkładu wszystkie pociągi na tej trasie dostały jedną wspólną nazwę (METROPOLITAN), a w Budapeszcie zamiast na dworzec Keleti dojeżdżają na dworzec Nyugati. Po 1,5 godziny jazdy z postojami na stacjach Břeclav i Kúty meldujemy się w stolicy Słowacji. Zakupujemy bilety do Wiednia na jutro, a następnie idziemy zameldować się w hostelu, oczywiście w tym samym co zawsze czyli PATIO. Po drodze na jednym z murów namalowany tramwaj. Za 2 noclegi dla 2 osób zapłaciliśmy łącznie 38 euro, co ciekawe tym razem nie musimy płacić podatku miejskiego czyli jesteśmy prawie 7 euro do przodu. W naszym 12-osobowym pokoju (jak i w sporej części całego hostelu) prawie sami Polacy, od razu widać, że mamy długi weekend w Polsce. Od mojej ostatniej wizyty pokoje przeszły remont, zostały wstawione nowe łóżka, które nie mają już schowków na bagaże, za to w pokoju pojawiły się szafki zamykane na kluczyk (każde łóżko ma przypisaną 1 szafkę) i co najważniejsze przy każdym łóżku są teraz 2 gniazdka. Ogarniamy swoje miejsca do spania, bierzemy co potrzebne i idziemy zwiedzać. Zaczynamy od starówki, po której robimy sobie spacer. Nie mogliśmy oczywiście nie zrobić zdjęć przy najważniejszych miejscach i rzeźbach. Po obejściu głównych ulic na starówce podchodzimy na Hodžovo námestie z popularną fontanną. Następnie kierujemy się na Bratislavský hrad czyli na zamek. Po wspięciu się po schodach spędzamy trochę czasu w ogrodzie oraz podziwiamy panoramę Bratysławy z punktów widokowych. Dzień się kończy, więc czas udać się do hostelu. Na Słowacji w przeciwieństwie do Czech wszystkie sklepy dziś zamknięte, więc nie możemy iść do Tesco, aby uzupełnić zapasy wody i prowiantu, będziemy musieli zrobić to jutro w Austrii. Po powrocie zachodzimy jeszcze do hostelowego baru na darmową lampkę wina, którą mamy w ramach welcome drinku.
 
 
DZIEŃ 2 - 2.05.2018.
Bratislava - Wien - Bratislava
 
Wstajemy po 5:00 i po ogarnięciu się i dojściu na dworzec wyruszamy pociągiem o 6:38. Zapełnienie jak zawsze duże i na każdej stacji się zwiększa. Po przyjeździe do Wiednia najpierw przejedziemy się fragmentem kolejki do Baden, na którym obowiązuje nasz bilet (czyli do stacji Vösendorf-Siebenhirten). Aby wsiąść w kolejkę musimy podjechać z dworca głównego na Matzleinsdorfer Platz i czynimy to linią 18. Trasa poprowadzona jest tunelem, w którym akurat utworzył się korek z kilku tramwajów, więc musimy chwilę odczekać. Następnie przesiadamy się na Badenkę. Jedziemy do dworca Wien Meidling (przy okazji odkrywam, że jeden odcinek, który jest umieszczony na mojej mapie nie jest już używany), a następnie linia robi się bardziej kolejowa niż tramwajowa. Po dojechaniu do ostatniej możliwej stacji mamy chwilę czasu:. Chciałem tu dojechać ponieważ zakładałem, że zaliczenie dalszej części trasy nie będzie dość tanie, a przynajmniej tak wynikało z cen biletów, które udało mi się znaleźć w internecie i zamierzałem odpuścić je w ogóle. Na stacji znajduje się automat biletowy, więc postanawiam sprawdzić jaka jest cena z tej stacji do Baden i okazuje się, że 3,50 euro czyli do przeżycia. Tak więc dochodzi mi nowa rzecz do zaliczania, której wcześniej nie uwzględniałem w planach, dlatego teraz na wyjeździe skupimy się jednak głównie na zwiedzaniu, a na zaliczanie przyjadę sobie kiedyś jeszcze raz, bo jak widać materiału jeszcze się uzbiera. Powrotną kolejką pojedziemy teraz bezpośrednio pod Operę Wiedeńską, gdzie zaczniemy zwiedzanie. Zajmujemy miejsce w drugim składzie, jednak po przejechaniu kilku przystanków zostaje podana informacja, że mamy przesiąść się do pierwszego składu. Następnie zatrzymujemy się przy halach i drugi skład zostaje odczepiony. Wolniutko podjeżdżamy na peron kolejnego przystanku, przy którym jak się okazało czekał kolejny skład, do którego podpięliśmy się sprzęgiem samoczynnym i teraz to my jesteśmy drugim składem, a motorniczy przesiada się. Całość nie trwała chyba nawet 3 minut. Przy operze rozpoczynamy zwiedzanie. Najpierw przechodzimy na Stephansplatz i spacerujemy po okolicznych uliczkach. Kursują tu małe autobusy elektryczne:. Docieramy m.in. pod dom Mozarta, w którym urządzone jest muzeum. W sklepie firmy Manner zakupujemy trochę austriackich słodyczy. Pisałem, że odpuszczam zaliczanie, jednak będzie jeden wyjątek, ponieważ do kolejnego miejsca udamy się dość mocno zakręconym wariantem, aby przynajmniej metro było zaliczone w całości i nie pozostały pojedyncze skrawki tramwajowe w zupełnie różnych częściach miasta. Linią U3 jedziemy ze Stephansplatzu do stacji końcowej czyli Simmeringu. Tam zaglądamy na chwilę na stację kolejową. Następnie powracamy do U3 i dojeżdżamy do Mitte Landstrasse. Tam przesiadamy się na U4 i podjeżdżamy do stacji Karlsplatz, gdzie od razu przesiadamy się na pociąg powrotny i ponownie wysiadamy na Mitte Landstrasse, aby zajrzeć do Spara i uzupełnić zapas wody. Następnie znów U3 podjeżdżamy do Schwedenplatz i tym samym całą sieć metra mam zaliczoną, dopóki nie otworzą nowych odcinków. Przesiadamy się teraz na tramwaj linii 2, którym jedziemy do przystanku Friedrich-Engels-Platz. Tutaj przesiadka na linię 33, którą chcę zaliczyć jeszcze jeden odcinek, który ostatnio był w remoncie. Niestety okazało się, że źle odczytałem schemat i zamiast odcinkiem do zaliczenia pojechaliśmy innym (tym, który nieplanowo zaliczyłem ostatnio). Na szczęście oba odcinki łączą się kilka przystanków dalej, więc jedyne co nam pozostaje to na wysiąść w miejscu połączenia obu odcinków, linią 31 zaliczyć pożądaną trasę, a następnie tą samą linią wrócić się z powrotem. Teraz linią 5 jeszcze ciągle zaliczając dojeżdżamy do dworca Praterstern. W ten sposób do zaliczenia pozostały mi odcinki w miarę w jednej części miasta i dość łatwe do połączenia. Plan jest teraz taki, aby przez Prater przejść do innej pętli tramwajowej (Prater Hauptalee) i udać się dalej. Prater to (jeśli ktoś nie wie) duże wesołe miasteczko, po którym kursuje między innymi Liliputbahn czyli mała kolejka wąskotorowa, którą w sumie też można dorzucić do materiału zaliczeniowego na jeszcze jedną wizytę w stolicy Austrii. Niestety znów popełniam błąd i źle odczytuję mapę, w efekcie większą część trasy zamiast Praterem idziemy parkiem obok Prateru. Nie chce nam się jednak już wracać, bo pogoda dość upalna. Na pętli tramwajowej wyruszamy 1-ką. Wysiadamy na Löwengasse, żeby obejrzeć Hundertwasserhaus. Następnie ponownie tą samą linią jedziemy dalej i z przesiadką na dwie kolejne dojeżdżamy do przystanku Unter Belvedere. Wchodzimy do Belwederu i spacerujemy sobie po tutejszych ogrodach. Zdjęcia wrzucałem w jednej z poprzednich relacji z Wiednia. Z jednej strony nadchodzi ciemna chmura i słychać lekkie grzmoty, ale na szczęście jak się potem okazało burza na razie przeszła bokiem. Z przystanku Schloss Belvedere kolejnym tramwajem jedziemy na ring, aby obejrzeć sobie zabytki, które się tam znajdują. Wysiadamy przy ratuszu, przy którym jak zwykle coś się odbywa (jeszcze mi się nie zdarzyło trafić, aby budynek był łysy bez jakiejś sceny przed nim albo coś). Następnie podjeżdżamy jeden przystanek do parlamentu, ale ten jest remoncie i nie jest możliwe wejście nawet na schody. Przechodzimy na drugą stronę ulicy do parku. Ciekawostką są tutaj posadzone drzewka z dedykacjami. Stamtąd przechodzimy dalej oglądając kolejne budynki zgromadzone wokół ringu. Następnie ze stacji Volkstheather jedziemy metrem na Westbahnhof, gdzie zaglądamy do jednej księgarni, którą mieliśmy w planie ze względu na wyprzedaż książek. Niestety nie wystarczy nam już czasu aby pojechać do pałacu Schönbrunn, którego sam również jeszcze nie zwiedzałem (cóż, kolejna pozycja do listy Tongue). Podjeżdżamy co prawda metrem U6+U4 do stacji Schloss Schönbrunn, myśląc że może zobaczymy go przez chwilę z daleka, ale po dojechaniu tam rozpoczyna się burza. Poza tym z tego co później czytałem to na położone tam ogrody może i pół dnia nie wystarczyć, a ogród przy belwederze, który wydawał mi się bardzo duży to przy tym ogrodzie liliput. Nie opuszczamy więc nawet stacji metra tylko metrem z przesiadkami docieramy już na Hauptbahnhof. Wstępujemy jeszcze do księgarni i do Spara i pociągiem o 20:16 powracamy do Bratysławy. Nad miastem burza i błyskawice, ale nie spada ani kropla deszczu. W Bratysławie jesteśmy o 21:20, a pół godziny później w hostelu.
 
 
DZIEŃ 3 - 3.05.2018.
Bratislava - Žilina - Bohumín - Chałupki - Racibórz - Kędzierzyn
 
Dziś mamy pociąg dopiero o 12:00, więc wstajemy przed 8:00. Wymeldować musimy się do 10:00, więc najpierw jeszcze bez plecaków idziemy na miasto, a konkretnie na most pieszo-tramwajowy, z którego jest piękny widok na panoramę miasta z zamkiem, która stanowi częsty motyw na magnesach czy pocztówkach. Wracając do hostelu oglądamy jeszcze położony w pobliżu (ale schowany w wąskich uliczkach) niebieski kościół. Wymeldowujemy się z hostelu, odbieramy nasz depozyt 10 euro (za klucze) i idziemy na zakupy do Tesco. Po zakupach, przegryzieniu czegoś i ogarnięciu się kierujemy się powoli w stronę dworca. Udajemy się tam deptakiem, a po drodze wstępujemy jeszcze m.in. do piętrowej księgarni MARTINUS. Po przybyciu na dworzec mamy na tablicy dwa rychliki do Koszyc o niemal tej samej godzinie, więc trzeba uważać, aby się nie pomylić. Jeden jedzie dołem kraju przez Zvolen, a drugi górą przez Žilinę i Poprad-Tatry. Skład jak zwykle długaśny i frekwencja wysoka, więc lokujemy się w pierwszym wagonie za lokomotywą, gdzie jest w miarę pustawo, bo mało komu chce się iść tak daleko. Podobnie jest na większości stacji po drodze, bo zawsze wyjeżdżamy bardzo daleko na początek peronu. Trasa całkiem ładna, momentami górska i z tunelami, widać też że budowane są kolejne nowe odcinki z tunelami mające na celu kolejne skrócenie czasu przejazdu. Podczas jazdy 2 razy stajemy pod semaforem, a mechanik podaje przez radiowęzeł informację, aby nie wysiadać, bo nie jesteśmy jeszcze na stacji. Przed Žiliną spore jezioro. W Žilinie z racji, że byliśmy z przodu musimy przejść przez cały peron:. Planowo mieliśmy tu mieć tylko 50 minut czasu, które zostało jeszcze skrócone, bo przez postoje na semaforach złapaliśmy ok. 10 minut opóźnienia. Ekspresowo idziemy więc na stare miasto. Jakby było mało to przez moją nieuwagę rozwaliła nam się puszka piwa w niesionej przeze mnie reklamówce, więc tracimy kolejne cenne minuty, aby się przeorganizować. Bardzo szybko obskakujemy Námestie Andreja Hlinku oraz położone nieco wyżej Mariánske námestie. Niestety nie starczyło czasu, aby przegryźć kawałek pizzy w planowanym przeze mnie miejscu, ale udało się na chwilę zajść do galerii po pocztówki i do Billi po nowe piwo i chipsy. Tongue W ostatniej chwili docieramy na rychlik ODRA, którym pojedziemy do Bohumína. Musimy dosiąść się do pełnego przedziału, ale na pewno większość osób wysiądzie na stacjach Kysucké Nové Mesto i Čadca i tak też się dzieje. Mamy nieplanowy postój na torze bez peronu na stacji Krásno nad Kysucou ze względu na ruch jednotorowy. Linia jest całkiem ładna widokowo. Dopiero w rejonach Czeskiego Cieszyna widoki robią się mało ciekawe, w tych okolicach zaczyna też padać deszcz. W Bohumínie jest już po wszystkim. Wagon, którym jechaliśmy miał przeraźliwie głośne hamulce, tak jak dawniej miały czeskie kible czy stare wagony bezprzedziałowe. Podczas podróży wiele osób zatykało sobie uszy. W Bohumínie na szczęście wjeżdżamy na peron 1, więc możemy szybko przebiec na przystanek autobusowy. Na szczęście autobus do Starego Bohumína przybywa chwilę po czasie, więc nie będziemy musieli iść pieszo. Okazało się, że bilet potaniał do 16 koron, prawdopodobnie wynika to z włączenia linii do systemu taryfowego ODIS. Ze Starego Bohumína na stację w Chałupkach trzeba iść już pieszo. Od strony Czech nadchodzi czarna chmura. Po przybyciu na stację w Chałupkach Elf 2 do Raciborza już stoi i można zająć miejsce, mimo że do odjazdu jest jeszcze ponad godzina. Wykorzystuję czas na zrobienie zdjęć, ponieważ jest to nowy tabor i nie miałem za bardzo okazji go fotografować. W międzyczasie przejeżdża też IC PRAHA z Pragi do Warszawy. Tuż przed odjazdem naszej osobówki do pociągu wsiadają rowerzyści. Z rozmowy wynika, że pokonali oni trasę ze stacji w Bohumínie na stację w Chałupkach w 12 minut, chociaż trudno mi to sobie wyobrazić. Zaczyna padać lekki deszcz, najwyraźniej dogania nas burza. Na szczęście nie zrobiła się z tego żadna nawałnica, ale bardzo spadła temperatura. W Bohumínie i Chałupkach w krótkich spodenkach i koszulce było nam gorąco, a w Raciborzu trzęsiemy się z zimna. Nasz Elf przechodzi na pociąg do Katowic, a my czekamy na opolskiego Impulsa, który przyjeżdża z Wrocławia i będzie tam powracać. W Kędzierzynie jesteśmy o 20:23.
 
Fotki, skany biletów: www.kolejomania.rail.pl/dunmaj.html


WYCIECZKA DO KIELC - 11.05.2018.

Kędzierzyn - Gliwice - Katowice - Kielce - Katowice - Gliwice - Kędzierzyn
 
Po kwietniowych wyjazdach na Dolny Śląsk oraz na Czantorię pozostał mi i Kasi do wykorzystania ostatni dzień Regio Karnetu, więc 11 maja wybraliśmy się na jednodniową wycieczkę. Padło na stolicę województwa świętokrzyskiego czyli Kielce, których ja też w sumie nie miałem okazji jeszcze zwiedzić. Przy okazji po raz pierwszy przejechałem się regio po CMK (wcześniej były tylko InterRegio na wężykujących kiblach Tongue ). Startujemy regio o 5:45 z Kędzierzyna i z przesiadką w Gliwicach docieramy do Katowic. W Katowicach jesteśmy tuż przed 7:00 i mamy godzinę czasu. O 7:25 odjeżdża regio do Kielc trasą przez Bukowno i Sędziszów, ale my pojedziemy jadącym nieco później OSTAŃCEM przez CMK, bo oba pociągi docierają do Kielc praktycznie o tej samej porze. Przybywa impuls w malowaniu województwa śląskiego jako OSTANIEC z Kielc. Po wysadzeniu pasażerów odjeżdża na koniec peronu. Myślałem, że czeka aby dostać wyjazd na grupę, ale po jakimś czasie z powrotem podjeżdża na środek peronu i pojedzie jako nasz pociąg. Na końcu jednostki siedzenie, które praktycznie nie ma okna a ścianę, na pewno nie siadłbym tu z własnej woli Tongue Frekwencja na początkowym odcinku dość słaba, najwięcej osób dosiada we Włoszczowej po zjechaniu z CMK. Informacja pasażerska w pociągu źle zaprogramowana, ponieważ mimo poprawnego numeru pociągu oraz godzin przyjazdu do stacji końcowej wprowadzona jest trasa przez Sosnowiec Południowy i Sędziszów. W efekcie od Sosnowca Głównego kończą się zapowiedzi stacji, na ekranach cały czas wyświetlają się Katowice, do których nieustannie zwiększa się odległość, a na wyświetlaczach lecą sobie stacje z trasy przez Sędziszów. Po przyjeździe do Kielc w peronach zastajemy świętokrzyskiego impulsa oraz EN81.
 
Z dworca wychodzimy na ul. Sienkiewicza, którą można uznać za główny punkt spacerowy w mieście, ponieważ jest to bardzo długi szeroki deptak ciągnący się przez całe centrum miasta. Zaglądając po drodze do różnych sklepików docieramy do Placu Artystów Polskich, przy którym znajduje się fontanna i dwie informacje turystyczne. Następnie przechodzimy na rynek, przy którym stoi ratusz. Jest też ciekawie stylizowany kiosk Kolportera. Opuszczamy teraz starówkę i kierujemy się w stronę Kadzielni. Jest to rezerwat przyrody w pobliżu centrum miasta. Znajdują się tam skałki oraz amfiteatr. Jakiś czas temu została oddana do użytku podziemna trasa turystyczna umożliwiająca zwiedzenie 3 (z kilkunastu) znajdujących się tu jaskiń. Zwiedzanie jest płatne 10 zł od osoby i wymaga wcześniejszej rezerwacji na konkretną godzinę z co najmniej jednodniowym wyprzedzeniem. Szczegóły na stronie www.jaskiniakadzielnia.pl . Pierwotnie nasza wycieczka była planowana na wczoraj ale właśnie ze względu na brak możliwości zwiedzenia jaskiń w dniu wczorajszym została przesunięta na dziś, bo udało się załatwić wejście o godzinie 13:00. Gdy docieramy na Kadzielnię zaczyna się burza i deszcz, na szczęście jest wiata, pod którą można się schronić. Na szczycie jednej ze skał górują dwie duże tablice symbolizujące 10 przykazań Bożych. Okazuje się, że będziemy mieć prywatnego przewodnika, podobnie jak kiedyś na zamku w Malborku. Zwiedzanie trwa niecałe pół godziny i polega głównie na przedzieraniu się wąskimi korytarzami (oczywiście w kaskach na głowie) słuchając w tym czasie różnych ciekawych informacji, które przedstawia pani przewodnik. W początkowej części trasy są też gabloty z różnymi eksponatami oraz tablice informacyjne. W jaskiniach można robić zdjęcia, ale zakazane jest filmowanie. Na zewnątrz wychodzi się innym wyjściem położonym w pewnej odległości od miejsca, w którym zaczynało się zwiedzanie. Gdy ustaje burza i deszcze obchodzimy sobie dookoła całą Kadzielnię. W kilku miejscach stworzone zostały punkty widokowe, z których mamy piękny widok na cały rezerwat. Jest też polana z pomnikiem. Po obejściu dookoła całego rezerwatu i wyjściu w okolicach Skweru Pamięci Ofiar Katynia , kierujemy się w stronę starówki, ale nieco inną drogą bo przez Park Miejski im. Stanisława Staszica, w którym znajduje się Staw Podzamecki z fontanną. Następnie przechodzimy sobie przez Wzgórze Zamkowe na szczycie którego znajduje się Muzeum Narodowe wraz ogrodem włoskim oraz bazylika katedralna. Schodzimy z drugiej strony wzgórza docierając ponownie na Plac Artystów Polskich:. Kupujemy sobie po zapiekance oraz lody w lodziarni Cremova, która sprzedaje podobno najlepsze lody w Kielcach i powoli kierujemy się ul. Sienkiewicza na dworzec.
 
Regio ŁYSICA do Katowic jest już podstawiony i zapełnienie bardzo duże, bo to pora powrotów z pracy. Jesteśmy świadkami następującej sytuacji: na jednej czwórce siedzi starsza kobieta, a miejsce obok zajmuje koszyk z małym pieskiem. Pytana czy miejsce obok jest wolne stwierdza, że jeśli aż do Katowic to nie. Na stwierdzenie, że piesek nie musi zajmować oddzielnego miejsca i może być na kolanach albo pod siedzeniem odpowiada, że absolutnie nie, bo będzie się stresować, a na pytanie czy posiada bilet dla psa obrusza się, aby zająć się sobą. Później podczas jazdy nakrywa psa grubym swetrem i stosem kartek papieru, dziwnym zbiegiem okoliczności akurat w momencie gdy przychodzi kontrola. Po odkryciu kosza z biednego pieska aż leje się pot. Jeszcze później zaczyna obierać jajko na twardo i karmić nim psa, uraczając przy okazji pół pociągu jajkowym zapachem. Zdecydowana większość podróżnych (ale pani od pieska nie) wysiada pomiędzy Kielcami a Włoszczową. Zaczyna padać deszcz, a w Czarncy jest już istne oberwanie chmury. Przed Knapówką, już obok torów CMK zatrzymujemy się i postój się przedłuża. Po jakimś czasie kierpociowa informuje, że postoimy tu jeszcze z pół godziny, bo po burzy jest brak napięcia w sieci. Obok nas zatrzymuje się Pendolino do Krakowa, które po jakimś czasie powoli rusza. Przemyka też TLK MAŁOPOLSKA Jasło – Gdynia. Jakiś czas później pojawia się Pendolino do Bielska-Białej, zatrzymuje się na jakiś czas i też powoli rusza. Kierpociowa tymczasem chodzi po składzie i zbiera informacje o tym na jaką przesiadkę kto zmierza. Tłumaczę naszą sytuację i dokąd chcemy dojechać oraz zwracam uwagę, że pociągi KŚ z Katowic do Gliwic są często, ale kolejnym nie zdążymy już na ostatnie regio do Kędzierzyna. W końcu ruszamy. Po jakimś czasie kierpociowa przychodzi z informacją, że nic z tego bo dyspozytor PR nie może skontaktować się z dyspozytorem KŚ, bo ten odrzuca połączenia… Sugeruje, żeby po przyjeździe do Katowic udać się do kasy biletowej lub dyżurnego peronowego po poświadczenie o opóźnieniu. Podrzucam jej jeszcze pomysł, aby dyspozytor PR skontaktował się bezpośrednio z dyspozytorem IC (z pominięciem dyspozytora KŚ), aby załatwić nam zgodę na przejazd IC PILECKI z Katowic lub Gliwic do Kędzierzyna. A tymczasem nasz skład dorzuca kolejne minuty opóźnienia czekając na mijankę w Górze Włodowskiej, bo mamy jednotor od tej stacji do Zawiercia. Jakiś czas później powraca kierpociowa z informacją, że jednak będzie trzymana osobówka KŚ do Gliwic skomunikowana z regio do Kędzierzyna. Nasza pieskowa współpasażerka wysiada w Sosnowcu (ze wszystkich kilkunastu stacji akurat na tej, komentarz niech każdy dopowie sobie sam według uznania Tongue). W Katowicach zatrzymujemy się przy peronie 4, a osobówka czeka przy 1, więc szybko biegniemy tunelem, a tymczasem z megafonu specjalnie dla nas zapowiedź, że podróżni udający się w kierunku Gliwic mają przyspieszyć przesiadanie. Tongue Wsiadamy do osobówki, ale ona i tak stoi jeszcze dobrych kilka minut i ruszamy z około 20-minutowym opóźnieniem. Teraz już spokojnie, bo z tego pociągu na Kędzierzyn przesiada się już sporo osób i jest co najmniej kilka zgłoszeń. Do Gliwic docieramy na styk, kibel z Kędzierzyna akurat też wjeżdża i po szybkiej zmianie czoła rusza prawie planowo. Z kolei skład KŚ przechodzi na powrotny pociąg do Częstochowy i rusza z kilkuminutowym opóźnieniem, które pewnie zniweluje po drodze. Dobrze, że dyspozytor KŚ podjął mądrą decyzję, dzięki której o 20:12 jesteśmy w Kędzierzynie.
 
Fotki, skan biletu: www.kolejomania.rail.pl/wyckiel.html
  Odpowiedz
#98
NIEDZIELA W SOBÓTCE

3.06.2018.
Kędzierzyn - Wrocław - Sobótka Zachodnia - Wrocław - Kędzierzyn

3 czerwca odbył się przejazd pociągu specjalnego z Wrocławia do Sobótki Zachodniej zorganizowany przez Turkol. Pociąg miała prowadzić lokomotywa SM30, a skład stanowić 3 wagony retro. Rezerwacja ruszyła w kwietniu, a cena nie była wygórowana – 59 zł. Bilety rozeszły się bardzo szybko. Tuż przed wyjazdem okazało się, że zamiast SM30 pociąg poprowadzi parowóz Ty42-24 z Pyskowic, a w składzie pojawią się jeszcze dodatkowe 2 ryflaki także ze skansenu w Pyskowicach. Jako, że do Sobótki chciałem wybrać się już od dawna, a termin mi pasował to nie mogłem nie skorzystać z okazji. Kiedyś Turkol jeździł już do Sobótki, ale ja wtedy się nie wybrałem, bo zakładałem, że pojadę gdy otworzą całą linię do Świdnicy. I jak na razie się nie doczekałem. Na szczęście załapałem się na bilet jeszcze w kwietniu, więc nie musiałem się martwić czy się zabiorę. W niedzielny poranek wyruszam impulsem relacji Kędzierzyn-Wrocław o 8:11. Do pociągu ładuje się grupa uczniów z nauczycielami, którzy jadą na zieloną szkołę. Z tego co usłyszałem to w Opolu przesiadają się na IC MALCZEWSKI, którym jadą do Sławna, więc ich celem zapewne jest Darłówko albo Jarosławiec. Na peronie sporo odprowadzających rodziców. Ruszamy planowo. Dzieciaki wysiadają w Opolu, ale w ich miejsce dosiada sporo nowych osób, a im bliżej Wrocławia tym tradycyjnie coraz większy tłok. We Wrocławiu jestem o 10:12 i mam ponad godzinę czasu, więc kręcę się po dworcu. Skład retro z parowozem jest już w trasie jako pociąg ODKRYWCA do Wrocławia Psiego Pola. Jedzie nim kol. Bartek (który załapał się na przejazdy dzięki dodatkowej puli biletów) i wiem od niego, że jest lekkie opóźnienie. Pociąg jest odpowiednio prezentowany na wyświetlaczach. Gdy zbliża się godzina odjazdu na peronie 5 gromadzi się coraz więcej uczestników przejazdu, jest też możliwość odbioru biletów, aby później już się tym nie martwić. Zostaje zapowiedziane 20 minut opóźnienia. Skład zjawia się ok. 11:50. Wsiadam do pierwszego ryflaka za lokomotywą, w którym jedzie kol. Bartek. Miejsca sporo, więc każdy może ulokować się tak jak mu pasuje.

Po krótkim postoju ruszamy na wycieczkę. Najpierw jedziemy obok wrocławskiej szopy tak samo jak wyjeżdżają pociągi w kierunku Opola czy Kłodzka, a później odbijamy na jednotorową niezelektryfikowaną linię. Zbliżamy się do kolejowej obwodnicy Wrocławia, pod którą przejeżdżamy. Wychodzą też różne łącznice. Przed prawie każdym przejazdem kolejowym na terenie Wrocławia zatrzymujemy się, a osoby z obsługi osłaniają przejazd, abyśmy mogli przejechać. Oczywiście nie brakuje ciekawych reakcji ludzi, którzy nie spodziewali się tutaj widoku takiego pociągu. Próbuję łapać stacje i przystanki, ale nie jest to takie proste, bo na wielu nie ma już nawet tablic. Podczas robienia zdjęć na stacji Wrocław Klecina, jednemu pasażerowi z naszego wagonu wypada przez okno telefon, którym robił zdjęcia, na szczęście ktoś zdążył krzyknąć do pana mieszkającego w budynku dworca, aby zaopiekował się nim do naszego powrotu. Największą stacją między Wrocławiem a Sobótką były kiedyś Kobierzyce, gdzie mamy nieco dłuższy postój. Na dalszej trasie już tylko niektóre przejazdy są osłaniane przez obsługę. Na horyzoncie widzimy też Ślężę, która pojawia się raz z jednej, a raz z drugiej strony naszego pociągu. W Sobótce na peronie oczekuje na nas trochę osób. Po krótkim postoju pokonujemy ostatni odcinek do stacji Sobótka Zachodnia. Tutaj na peronie już dużo więcej osób, a także media i przedstawiciele gminy. Parowóz wykonuje oblot składu, który wszyscy fotografują. Obok stacji rozłożyło się stoisko gminy Sobótka, na którym można pobrać różne broszury. Jest też mała wystawa historycznych zdjęć związanych z linią Wrocław-Sobótka-Świdnica. Wnętrze jednego z wagonów retro. Przybyliśmy tu z półgodzinnym opóźnieniem, jednak jeszcze w pociągu zostaliśmy poinformowani, że nie będziemy skracać postoju, bo byłoby to bez sensu skoro przyjechaliśmy na wycieczkę i że do Wrocławia wyruszymy również z opóźnieniem.

W drogę powrotną ruszamy o 15:00, żegnani przez miejscową ludność, która macha nam chorągiewkami z logo gminy. Teraz jedziemy na końcu składu, więc można robić ładne ujęcia na łukach. Na stacji Sobótka również żegnają nas mieszkańcy. Z racji niewysokiej prędkości i faktu, że wyszło słońce możemy delektować się klimatyczną jazdą w otwartym oknie, musimy jedynie uważać na roślinność, która nieraz jest bardzo bujna i ociera się o wagony. W Klecinie nasz współpasażer odzyskuje swój telefon, któremu szczęśliwie nic się nie stało. Między stacjami Wrocław Partynice i Wrocław Wojszyce, w pobliżu dzielnicy Ołtaszyn przejeżdżamy przez tunel z drzew, przez moment klimat jak na kolejce parkowej. I znów częste postoje na przejazdach kolejowych. Kolejowa obwodnica Wrocławia świadczy o tym, że powoli zbliżamy się do końca naszej podróży. Dołączamy się do czynnych linii i mijając szopę wtaczamy się na peron 5 dworca głównego. Nasze opóźnienie to prawie godzina. Skład wyruszy jeszcze w trzecią trasę jako pociąg WŁÓCZYKIJ do Wrocławia Nadodrza przez Wrocław Kuźniki i Wrocław Gądów. Ja zaglądam do McDonalda, a potem idę na peron, na który wjeżdża impuls z Kędzierzyna, który niebawem będzie powracać jako regio do Raciborza. Wcześniej odjeżdża TLK SZYNDZIELNIA w mega składzie 2 wagonów. Wysiadanie podróżnych z mojego impulsa trwa dobrych kilka minut, bo dziś powroty z długiego weekendu, więc pociąg zawalony do granic możliwości. W drugą stronę również frekwencja wysoka i sporo rodzin z dziećmi. W Lewinie Brzeskim wyprzedza nas IC KOSSAK z Wrocławia do Krakowa przez co łapiemy ok. 10 minut w plecy (planowo postój na wyprzedzanie mieliśmy przewidziany w Brzegu). Od Opola trochę luźniej. W Kędzierzynie jestem o 21:00.

Fotki, skany biletów: www.kolejomania.rail.pl/niedsob.html
  Odpowiedz
#99
LUBELSKO-KAZIMIERSKA PRZEJAŻDŻKA

DZIEŃ 1 - 7.06.2018.
Kędzierzyn - Katowice - Warszawa - Łuków - Lublin

W dniach 7-9 czerwca wybraliśmy się z Kasią do województwa lubelskiego. Główną przyczyną wyjazdu było zaliczenie trasy z Łukowa do Lublina przez Parczew i Lubartów, którą od jakiegoś czasu kursują objazdowe pociągi TLK między Warszawą a Lublinem. Przy okazji postanowiliśmy zwiedzić także Lublin oraz sprawdzić dlaczego tak wiele osób zachwyca się Kazimierzem Dolnym nad Wisłą. Wyjazd rozpoczynamy IC PILECKI do Warszawy, na którym zastajemy zastępczy skład wagonowy za Darta. Oznacza to, że koszt naszego wyjazdu odrobinę się zmniejszy, ponieważ za ten przejazd otrzymamy zwrot 25% ceny biletu. Nasz wagon 8 znajduje się na końcu składu i jest nim klimatyzowana bezprzedziałówka. Na większości trasy frekwencja w tym wagonie bardzo niska, dopiero od Skierniewic tradycyjnie robi się tłoczniej. Z Kędzierzyna wyjechaliśmy z 10-minutowym opóźnieniem, które na trasie jeszcze nieco się powiększyło z racji jazdy z obniżoną prędkością. Na Centralnym meldujemy się po 12:00. Mamy prawie 2 godziny czasu, więc idziemy do Złotych Tarasów, w których odkrywamy lokal z tanią i dobrą pizzą. Dobrze wiedzieć, że jest takie miejsce w pobliżu Dworca Centralnego, bo do tej pory podczas przesiadek w Warszawie ograniczałem się głównie do fast-foodów. W dalszą drogę udamy się TLK GOMBROWICZ relacji Szczecin-Lublin. Z obserwacji archiwum infopasażera wynika, że nie należy on do najpunktualniejszych pociągów. Zresztą problemy z punktualnością dotyczą wszystkich pociągów na objazdowej trasie z Warszawy do Lublina. Dziś ze Szczecina wyjechał planowo, ale już od Poznania zaczął łapać opóźnienie, które regularnie zwiększał i w Warszawie zameldował się prawie 40 minut po planie. Rezerwację mamy w pierwszym wagonie za lokomotywą, którym jest zdeklasowana jedynka. Zawsze biorę miejscówki w wagonach o najwyższych numerach, bo wtedy jest największa szansa, że będzie najluźniej. Tym razem mamy prywatny przedział. W Warszawie Wschodniej zmiana drużyny i dosiada trochę osób, ale głównie do ‘niższych’ wagonów. Pierwsza część trasy to jazda magistralą Warszawa-Terespol do Łukowa. Za Siedlcami mijamy zakłady Stadlera, na terenie których stoi tabor dla różnych państw. Stacja w Łukowie bardzo się zmieniła od mojej ostatniej wizyty. Wcześniej był niewielki peron przy budynku dworca i drugi wyspowy, a obecnie mamy dwa długie i szerokie perony wyspowe. Trochę tu postoimy, bo musimy zmienić lokomotywę z elektrycznej na spalinową, a na tej stacji manewry te idą dość powoli. Podczas naszego postoju przejeżdżają pociągi IC STARZYŃSKI w kierunku Białej Podlaskiej i IC SKARYNA do Warszawy. Słyszę też rozmowę kolejarzy, że opóźnienie GOMBROWICZA to już tradycja, a jak ma tylko +20 to tak jakby jechał przed czasem. Tongue W końcu do naszego składu podpina się spalinowa lokomotywa Gama. Jest to kolejny pesowski cud techniki, który na wielu trasach (szczególnie w południowo-wschodniej Polsce) zapewnił już wiele niezapomnianych wrażeń w postaci komunikacji zastępczej czy odwoływanych pociągów.

Po odjeździe mijamy łukowską szopę, w której można dostrzec sporo kibli. Zaraz obok znajduje się przystanek Łuków Zapowiednik, na wysokości którego odbijamy na niezelektryfikowaną linię do Lublina. Szlak został wyremontowany, więc prędkość całkiem przyzwoita. Pierwszy postojem jest Radzyń Podlaski. Pierwotnie PKP IC nie chciało się tu zatrzymywać, ale ostatecznie postoje wywalczyli lokalni samorządowcy. Podróżni mają do dyspozycji jeden peron wyspowy, z którego korzystają tylko i wyłącznie pociągi PKP IC (na dalszym odcinku od Parczewa do Lublina kursują także pociągi regio). Klimaty na trasie głównie polne, jest też trochę długich łuków. Kolejnym postojem jest Parczew, w którym perony nie przeszły remontów. Miejscowość ta wśród starszych Miłośników Kolei z czasów gdy nie było jeszcze Facebooka, a najpowszechniejszym źródłem wymiany informacji była usenetowa grupa pl.misc.kolej zapewne kojarzy się jednoznacznie z pewnym oszołomem o nicku Aron (nierzadko również z dopiskiem Busowy Baron), część osób na pewno kojarzy też Parczewski Instytut Transportu Zbiorowego (być może szczątki tego tworu walają się jeszcze gdzieś po czeluściach internetu). Dla młodszych lub niewtajemniczonych wspomnę, że był to człowiek, który ponad wszystko miłował i wychwalał busy, a w sprawie pociągów powtarzał jak mantrę, że „nie majom sensu ekonomicznego” (pisownia oryginalna). Jego aktywność dziwnym zbiegiem okoliczności osłabła (a później zniknęła zupełnie) w momencie, gdy uruchomiono pociągi na trasie z Lublina do Lubartowa i Parczewa. Część twierdzi, że być może ta reaktywacja spowodowała, że biedak zszedł na zawał. W Brzeźnicy Bychawskiej mamy mijankę z szynobusem relacji Lublin – Parczew Kolejowa. Ostatnim postojem przed Lublinem jest Lubartów, gdzie z kolei spotykamy się z TLK FLISAK relacji Lublin-Bydgoszcz:. Przed Lublinem trasa robi się trochę bardziej pagórkowata. Dołączamy się do zelektryfikowanej linii z Chełma do Lublina i mijamy na przelocie stację Lublin Północny. Docieramy w końcu do głównego lubelskiego dworca. Tutaj również trwa remont, przez który połowa stacji jest zrównana z ziemią. Funkcjonuje tylko peron 1 przy wyremontowanym budynku dworca i połowa peronu drugiego, natomiast kible do Chełma czy lubelskiego lotniska odjeżdżają z tymczasowego peronu 4, który znajduje się po drugiej stronie tego całego rozgardiaszu. Tunel pod peronami również nieczynny, więc na peron 2 przechodzi się przez tory, a na 4 idzie się przez miasto kierując się żółtymi tablicami.. Nasze miejsce noclegu to MJ Hostel, położony na ul. 1 Maja bardzo blisko dworca, więc pierwsze kroki kierujemy właśnie tam. Znajduje się on na 1 piętrze kamienicy. Zarówno kamienica jak i klatka schodowa, którą wchodzi się do obiektu wyglądają dość nieciekawie, bo czekają na remont, natomiast sam hostel wewnątrz jest ładny i stosunkowo nowy. Za 2 noce w pokoju 2-osobowym z balkonem (łazienka wspólna na korytarzu) zapłaciliśmy 208 zł, ale tak naprawdę koszt był mniejszy, ponieważ rezerwując hostel przez booking.com skorzystaliśmy z programu poleceń, który dał nam 100 zł zwrotu po zrealizowanym pobycie. Przy zameldowaniu wpłaca się 10 zł depozytu za klucz, który jest zwracany przy wyjeździe. Hostel dysponuje też pokojem wieloosobowym, który jest dobrym rozwiązaniem jeśli ktoś podróżuje w pojedynkę i szuka taniego noclegu. W recepcji trafiliśmy na bardzo miłego właściciela obiektu, z którym chwilę rozmawiamy. Po ogarnięciu się idziemy na spacer po mieście, w czasie którego odwiedzamy między innymi katedrę, Rynek oraz Plac Po Farze. W drodze powrotnej wstępujemy jeszcze do Biedronki, aby zakupić prowiant na kolejne 2 dni wyjazdu.


DZIEŃ 2 - 8.06.2018.
Lublin - Kazimierz Dolny - Lublin

Dzisiejszy dzień przeznaczymy głównie na zwiedzanie Kazimierza Dolnego. Niestety nie da się tam dojechać pociągiem. Normalnie pojechalibyśmy koleją do Puław i stamtąd busem do Kazimierza, ale jako że obecnie linia kolejowa z Lublina do Pilawy przez Puławy jest zamknięta z powodu remontu i trzeba byłoby jechać kolejową komunikacją zastępczą to stwierdzamy, że lepiej będzie pojechać bezpośrednim busem z Lublina od razu do Kazimierza. Z Lublina kursuje bardzo dużo busów w różne zakątki regionu. Mają one nawet swój oddzielny dworzec busowy przy ul. Ruskiej. Z hostelu wychodzimy przed 7:30. Aby zaoszczędzić czas przy moście na ul. Zamoyskiego wsiadamy na rowery miejskie, którymi podjeżdżamy do stacji Tarasy Zamkowe, obok której znajduje się wspomniany dworzec busowy. Wyruszamy o 8:10 busem firmy ARNI relacji Lublin – Puławy przez Nałęczów i Kazimierz. Cena biletu wynosi 9 zł, a czas przejazdu to nieco ponad godzina. Na miejscu jesteśmy ok. 9:30. Dworzec autobusowy to niewielki placyk z małym budynkiem, w którym znajduje się bar i toalety. Udajemy się na rynek, który w tej chwili zastawiony jest przez stragany, bo odbywa się targ, więc zdjęcia porobimy później. Najpierw idziemy więc sobie na spacer wzdłuż Wisły. Przy nabrzeżu zacumowanych jest kilka statków, które zabierają zainteresowanych (o tej porze dnia głównie grupy zorganizowane) na rejsy po Wiśle. W miasteczku jest też sporo straganów z pamiątkami. Warto nie ograniczać się tylko do jednego czy dwóch, ponieważ zdarza się, że różnica w cenie tej samej rzeczy na różnych stoiskach to nawet kilka złotych. Jednym z symboli występujących na kazimierskich pamiątkach jest kogut, który jak głosi legenda pomógł przepędzić diabła, który osiedlił się kiedyś w Kazimierzu i pożerał lokalny drób. Z tej racji w mieście można kupić wypiekane koguty z ciasta maślanego. Inną ciekawą pamiątką spożywczą jest zestaw krówek, z których każda ma na opakowaniu opisany inny zabytek z miasta. Udajemy się teraz na Górę Trzech Krzyży, z której można podziwiać panoramę miasta i Wisły. Aby się tam dostać należy pokonać sporo stromych schodów. Na górze należy uiścić opłatę za wstęp w wysokości 3 zł. Powierzchnia góry pokryta jest lessem, który jest strasznie brudzący i kurzący. Widok faktycznie bardzo ładny. Znajdują się tu zgodnie z nazwą 3 krzyże, które zostały postawione dla upamiętnienia ofiar cholery na tych terenach. Jest dziś straszny upał, a szczególnie odczuwa się go w tym miejscu, więc po udokumentowaniu widoków schodzimy na dół. Udajemy się na chwilę w rejony wzgórza z małym zameczkiem i cmentarzem. Następnie idziemy na obiad do jednej z knajpek mieszczących się na rynku. Ceny dość wygórowane. Nieopodal znajduje się pomnik pieska, z którym większość turystów robi sobie zdjęcia, a niektóre starsze panie nawet dość przesadną ich ilość. Rynek już opustoszał ze straganów, więc teraz możemy w spokoju po nim pospacerować i porobić zdjęcia. Uważać jedynie trzeba na nachalne cyganki, które często zaczepiają i chcą powróżyć. Na środku rynku znajduje się studnia, z której za pomocą zamontowanego kranu można pić wodę. Druga studnia znajduje się z boku rynku. Po mieście można przejechać się dorożką lub melexem. W pobliżu miasta znajdują się wąwozy lessowe, ale my nie zdążymy się do nich udać. Zwiedzamy sobie też położony na wzgórzu obok rynku Kościół Farny. Przy wejściu stoi obsługa, która osobom zbyt skąpo ubranym (mamy dziś na pewno ponad 30 stopni) wręcza chusty, którymi mogą się owinąć.

Ok. 16:00 udajemy się na dworzec autobusowy, aby kursem o 16:10 powrócić do Lublina. Tym razem przyjeżdża mały niebieski bus. Standardu jazdy tym pojazdem pozwolę sobie nie skomentować. Ogólnie to nie cierpię jeździć busami. Wyjątkiem jest tu Gigabus na trasie Warszawa-Kolno-Giżycko, który ma dość wygodne pojazdy i prowadzi sprzedaż biletów przez internet, więc jest bardziej cywilizowanym przewoźnikiem niż większość pospolitych busiarzy. Mijamy remontowaną linię kolejową z Warszawy do Lublina na wysokości przystanku Miłocin. Po ponad godzinnej męczarni meldujemy się z powrotem w stolicy województwa lubelskiego. Pozostaje się cieszyć, że do zdecydowanej większości miejsc, do których jeździmy można dojechać koleją, gdyby tak jeszcze reaktywowano pociągi do Łomży to byłoby wręcz idealnie. Spacerujemy jeszcze trochę po lubelskiej starówce, zaglądając między innymi na dziedziniec zamku oraz spędzając czas na Placu Po Farze. Jest to plac, który powstał w miejscu dawnego kościoła, a obecnie są tylko jego fundamenty pełniące funkcje murków, na których można sobie usiąść. W jednym z rogów placu możemy odnaleźć figurkę kościoła, który kiedyś się tu znajdował. W drodze do hostelu mijamy lubelską katedrę oraz ulicę, na której wisi pełno palindromów (czyli wyrazów lub zwrotów, które czyta się tak samo od przodu i od tyłu). Na nocleg powracamy około 20:30.


DZIEŃ 3 - 9.06.2018.
Lublin - Łuków - Warszawa - Katowice - Kędzierzyn

Dzisiaj już powrót do domu, ale nasz pociąg odjeżdża dopiero o 12:00, więc pospacerujemy jeszcze trochę po mieście. Hostel opuszczamy po 9:00, zaglądamy na chwilę na dworzec. Potem rowerami miejskimi spod dworca jedziemy do mostku przy ul. Zamojskiego. Następnie idziemy w stronę starówki, ale dzisiaj odbijamy w ul. Bernardyńską i dochodzimy do dużego placu, przy którym znajduje się pomnik Piłsudskiego i fontanna multimedialna. W drodze powrotnej zachodzimy jeszcze w okolicę Bramy Krakowskiej, gdzie zakupujemy cebularz lubelski. W smaku podobny do zapiekanki. Ponownie z użyciem rowerów miejskich powracamy na dworzec. Po drodze robię kilka zdjęć lubelskim trolejbusom, bo głupio byłoby wyjechać z jednego z raptem 3 miast w Polsce, które mają ten środek transportu i nie mieć ani jednej fotki. Nasz pociąg TLK OGIŃSKI do Bydgoszczy odjeżdża o 12:02. Przy peronie stoją już 2 wagony, które przyjechały z Chełma, a niedługo potem zostają podpięte kolejne, które zaczynają bieg w Lublinie. Na tym samym torze co nasz pociąg stoi też szynobus do Rzeszowa. W praktyce dojedzie on tylko do stacji Lublin Zemborzyce, a dalej jest komunikacja zastępcza ze względu na remont linii. Lokomotywa, która prowadzi nasz pociąg przechodzi z TLK UZNAM ze Świnoujścia i Gorzowa przyjeżdzającego do Lublina o 8:53. Okazuje się jednak, że dziś UZNAM ma aż 220 minut opóźnienia, przez co z automatu my dostaniemy na starcie godzinę w plecy. Spóźniony UZNAM przyjeżdża po 12:30 i rozpoczynają się manerwy w celu przepięcia loka do naszego składu. Gdy wszystko jest gotowe musimy jeszcze poczekać na przyjazd TLK FLISAK z Warszawy i w końcu ruszamy. Opóźnienie nie zagraża naszej przesiadce w Warszawie, mam nadzieję, że się nie zwiększy. Tym razem jedziemy w ostatnim wagonie, więc można robić zdjęcia całego składu na łukach. Przed Łukowem, na wysokości szopy i przystanku Łuków Zapowiednik na chwilę stajemy. Po wjechaniu do stacji następuje zmiana lokomotywy, więc wychodzę na fotki. W międzyczasie drużyna przynosi kilka zgrzewek wody, która zostaje rozdana podróżnym. Niestety nie udało się nic uciąć z opóźnienia, więc wyjeżdżamy tak samo splecowani jak przyjechaliśmy. Na odjeździe łapię jeszcze budynek dworca i LCS. Osoba z naszego przedziału przesiada się na pendolino, więc gdy przechodzi drużyna pyta jak się mają sprawy jeśli chodzi o przesiadkę. Drużyna obiecuje dowiedzieć się i wrócić z informacją, ale już nie wraca. Przez pewien czas jedziemy wolniej więc na fotki załapują się Sulejówek-Miłosna Sulejówek, Warszawa Wola Grzybowska i Warszawa Wesoła. Około 16:00 wysiadamy na peronie 1 dworca Warszawa Wschodnia. Nie musimy się nigdzie ruszać, bo zaraz po odjeździe OGIŃSKIEGO na ten sam tor zostaje podstawiony IC PILECKI. Dzisiaj już zgodnie z planem prawidłowy skład. Przy sąsiednim peronie stoi Flirt jako IC KUJAWIAK do Bydgoszczy. W takie dni jak dzisiaj bardzo docenia się klimatyzację w pociągach, niemniej jednak cieszę się, że w poprzednim pociągu można było otwierać okna. Ruszamy planowo. Na Centralnym jak zawsze dosiada sporo osób i przypadkowo spotyka nas znajomy z Kędzierzyna. Podróż szybko nam zlatuje, bo spędzamy ją na pogawędce. W Kędzierzynie jesteśmy o 20:50.

Fotki, skany biletów: www.kolejomania.rail.pl/lubkaz.html
  Odpowiedz
Jak zawsze bardzo przyjemna lektura. Najbardziej zazdroszczę tej Sobótki, nie miałem pojęcia, że jechał taki skład.
  Odpowiedz
Jak zawsze bardzo przyjemna lektura. Najbardziej zazdroszczę tej Sobótki, nie miałem pojęcia, że jechał taki skład.
  Odpowiedz
Po długiej przerwie czas ponadrabiać zaległości.

DZIEŃ OTWARTY ZAJEZDNI BYTOM-STROSZEK

22.09.2018
 
Każdego roku we wrześniu odbywa się dzień otwarty jednej z zajezdni tramwajowych w GOP-ie. Ostatnią brakującą mi do zaliczenia zajezdnią był Bytom-Stroszek i właśnie w tym roku wypadła okazja, aby uzupełnić brak więc oczywiście się wybrałem. Wyruszam regio do Gliwic przed 8:00. W Gliwicach mam wybór jak dotrę do Bytomia: albo wsiąść w autobus 850 albo pojechać pociągiem do Zabrza i stamtąd tramwajem nr 5. Wybrałem opcję po szynach. Podjeżdżam więc elfem do Zabrza. Następnie przechodzę na Plac Wolności i wsiadam w tramwaj. W Bytomiu jestem ok. 10:30 i mam godzinę do rozpoczęcia parady tramwajów, którą będę mógł bezpłatnie udać się do Stroszka. Na placu transparent zapraszający na dzisiejszą imprezę. Zaglądam do galerii AGORA oraz na rynek. Przed 11:30 na Placu Sikorskiego zbiera się całkiem spora grupa osób. Kolejno przyjeżdżają wszystkie tramwaje specjalne m.in. N-ka, 13N czy 102Na. Ja ulokowałem się w 102-ce. Pół godziny później jesteśmy już w zajezdni, gdzie każdy wjeżdżający tramwaj z parady jest omawiany, a paradę wita orkiestra dęta. Rozpoczynam zwiedzanie. Tradycyjnie mamy stoisko Tramwajów Śląskich, na którym można rozwiązać krzyżówkę z nagrodami (niestety nie poszczęściło mi się w żadnym z losowań) oraz KZK GOP, gdzie można pobrać czasopismo „Komunikacja Publiczna”. Można też zwiedzać hale, w których oprócz taboru jest też wystawa podzespołów tramwajowych. W jednym z pomieszczeń można oglądać makietę kolejową przygotowaną przez grupę TT-Silesia. Tradycyjnie można skorzystać też z przejazdu tramwajem przez myjnię. Swoje stoiska mają także m.in. wojsko, policja czy straż miejska. Jak zawsze można poprowadzić tramwaj nauki jazdy pod nadzorem instruktora. Dzięci mogą pobrać specjalną kartę, na której zbierają pieczątki za "zaliczenie" poszczególnych atrakcji na imprezie. Za zebranie wszystkich pieczątek można otrzymać nagrodę. Wybieram się też na przejażdżkę tramwajami specjalnymi. Najpierw N-ką do Placu Sikorskiego i z powrotem. Po powrocie objeżdżam sobie jeszcze dookoła zajezdnię. Druga przejażdżka to 13N do pętli Bytom Szkoła Medyczna. Kursem tym można zaliczyć nieużywany w ruchu liniowym skręt w centrum Bytomia. W mieście odbywa się Festiwal Kolorów, więc wszędzie chodzi pełno umazanych dzieciaków. Po powrocie do zajezdni na zdjęcie załapują się jeszcze liniówki stojące na pętli Stroszek Zajezdnia. Pozostaje pół godziny do koncertu zespołu BACIARY, który planowo ma rozpocząć się o 17:30. Niestety nie będę mógł zostać na całym, ponieważ aby zdążyć na ostatnie regio do Kędzierzyna muszę wyjechać stąd o 18:15. W praktyce o 17:30 grupa dopiero zaczyna się rozkładać, a później jest jeszcze problem z niedziałającymi mikrofonami i koncert rozpoczyna się o 18:10, więc słyszę zaledwie jedną piosenkę i to z daleka… Ech, gdyby to był już nowy rozkład jazdy to nie miałbym takiego problemu, bo będzie uruchomione nowe regio przed 22:00 z Gliwic do Kędzierzyna, które z pewnością będzie mi bardzo przydatne do powrotów z weekendowych wycieczek w przyszłym sezonie. Specjalnym kursem obsługiwanym przez 102-kę docieram na Plac Sikorskiego. Tu przesiadam się na 5-kę do Zabrza. Z Zabrza jadę już pociągiem z 7-minutową przesiadką w Gliwicach i o 20:30 jestem w Kędzierzynie.
 
Fotki, skany biletów: www.kolejomania.rail.pl/zajbyt.html

Zapraszam też na krótką fotorelację z wycieczki do Strzelec Opolskich: www.kolejomania.rail.pl/1pozopo.html 


POZNAJEMY ŚLĄSKĄ KRAINĘ 3

29.09.2018.
Kędzierzyn - Nędza - Rybnik - Pszczyna - Bielsko-Biała - Żywiec - Bielsko-Biała - Pszczyna - Katowice - Gliwice - Kędzierzyn
 
29 września wybraliśmy się z Kasią do województwa śląskiego. Głównym celem było Bielsko-Biała, ale w planach mieliśmy także szybkie zwiedzenie Rybnika, Żywca i Pszczyny. Wyruszamy o 6:55 regio Kędzierzyn-Racibórz, którym dojeżdżamy do Nędzy. Mamy tutaj 15 minut czasu. Kędzierzyńska część stacji została zmodernizowana, a na peronach pojawiły się ogrodzenia, przez co nie można już z nich wychodzić w dowolnym miejscu tylko trzeba iść na koniec peronu. Przyjeżdża impuls relacji Racibórz-Katowice, który zawiezie nas do Rybnika. Na trasie trwa remont, praktycznie cały odcinek do Suminy jest jednotorowy. W Suminie mijamy się z pociągiem przeciwnej relacji i kierujemy się na już naturalnie jednotorowy odcinek do Rybnika przez Rydułtowy. Od października remont zacznie się także na tym odcinku. Pociągi pojadą objazdem przez Jejkowice, a dla podróżnych ze stacji na odcinku Sumina-Rybnik zostanie zorganizowana autobusowa komunikacja zastępcza. W Rybniku mamy godzinę z małym hakiem. Perony ładnie zmodernizowane. Robimy szybki spacer do rynku. Po powrocie wsiadamy w pociąg relacji Racibórz-Bielsko Biała. Jazda odcinkiem Rybnik-Pszczyna to w większości masakra jeśli chodzi o prędkość, a co za tym idzie frekwencja w pociągu też mizerna. Od Pszczyny jedzie się już dość przyjemnie. W Bielsku jesteśmy o 11:20 z lekkim opóźnieniem w stosunku do planu. Kierujemy się w stronę starówki, najpierw jednak zachodzimy w rejony galerii SFERA, gdzie znajduje się pomnik Bolka i Lolka. Przechodząc przez galerię wychodzimy po drugiej stronie przy pomniku Reksia. Idziemy uliczką w stronę urzędu miasta, gdzie znajduje się informacja turystyczna. Można zakupić różne pamiątki związane z miastem, kreskówkami które powstawały w tutejszym studiu filmów rysunkowych a także Fiatem 126p czyli popularnym „Maluchem”, który był tu produkowany. W pobliżu znajduje się też mural poświęcony Irenie Sendlerowej. Jak czytamy z tablic znajdujemy się teraz w Białej, a główny rynek, na który się udamy to już Bielsko. Aby tam dotrzeć trzeba przejść przez ruchliwą ulicę oraz wspiąć się pod górkę. Wcześniej przechodzimy też przez szerokie schody. Po drodze fotografuję obiekty, które zwracają moją uwagę. Na rynku znajduje się m.in. fontanna z mostkiem. Idąc dalej za rynek mijamy okazały kościół a nieopodal znajduje się wspomniane dawne studio filmów rysunkowych, w którym obecnie znajduje się kino studyjne. Powracamy na rynek i powoli kierujemy się do dworca po drodze oglądając jeszcze miasto. Wchodząc na pierwszy peron mijamy dość ładne graffiti. Gdy tam docieramy akurat odjeżdża TLK HALNY z Bydgoszczy do Zakopanego.
 
My udajemy się osobówką KŚ do Żywca jakieś pół godziny później. Na odcinku Bielsko-Żywiec był w tym roku remont więc część peronów jest odnowiona i jedzie się dość płynnie. Obecnie wszystkie składy dojeżdżają tylko do Żywca, bo na odcinku Żywiec-Zwardoń z powodu remontu kursuje komunikacja zastępcza. W peronach zastajemy m.in. Elfa 2 oraz Darta na IC SOŁA do Warszawy. Żywiecki rynek znajduje się dość daleko od stacji, więc skorzystamy z komunikacji miejskiej. W saloniku prasowym zakupujemy bilety. Bilet jednorazowy kosztuje 2,80 zł, natomiast bilet godzinny jest raptem 10 groszy droższy. Na bilecie nie ma jednak żadnej informacji, że jest to bilet czasowy, a zapis „Bilet jednorazowy” wręcz wprowadza w błąd. Wsiadamy w pierwszy autobus jaki nadjeżdża, bo praktycznie wszystkie jadą tam gdzie potrzebujemy. Po kilku minutach jazdy, w czasie których przejeżdżamy pod wiaduktem linii Żywiec – Sucha Beskidzka oraz po moście nad Sołą docieramy na starówkę. Rynek bardzo ładny. Na skraju rynku znajduje się dzwonnica i kościół, a nieopodal Muzeum Miejskie, którego siedzibą jest Stary Zamek. Jest też czynny Sklep Góralski z dużą ilością ciekawych pamiątek. Ok. 16:00 powracamy na przystanek i wsiadamy w autobus linii 15. Gdy wsiadam przednimi drzwiami kierowca łapie mnie za rękę i mówi, że jest zakaz fotografowania, na co ja rozbawiony pytam go kto mu takie coś powiedział i zalecam, aby doszkolił się z przepisów prawa. Powracamy na dworzec i wsiadamy we Flirta, którym pojedziemy do Pszczyny. Odjazd planowy, na wyjeździe z Żywca ładny widoczek. W Bielsku mamy 15 minut postoju na przepuszczenie IC SOŁA, wsiada też wycieczka szkolna, która zachowuje się bardzo głośno. Ponownie na fotki załapuje się Zalew Goczałkowicki. W Pszczynie mamy godzinę czasu, więc musimy się streszczać. Najpierw udajemy się do kasy w celu zakupu biletu dla Kasi na końcowy odcinek podróży czyli Ruda Śląska – Kędzierzyn (bo na tej stacji kończy się ważność jej biletu „10 godzin po sieci”). Kasjerka mimo dokładnego powiedzenia jaki chcę bilet i na jaką godzinę, wklepuje połączenie do hafasa i analizuje je przez dłuższą chwilę (bo to jest mega skomplikowane połączenie Tongue ), po czym pyta… jaką trasą jedziemy z Gliwic do Kędzierzyna! Próbując zachować spokój odpowiadam, że jest tylko jedna i w końcu dostajemy to co chcemy aczkolwiek ze złą godziną, więc jeszcze musimy wymieniać… -,- Jak to dobrze, że coraz więcej ofert można kupować przez internet. Nieopodal dworca znajduje się stacja rowerów miejskich, z których chcemy skorzystać żeby zaoszczędzić czas na dojście do rynku, jednak po zalogowaniu się i wprowadzeniu numeru roweru elektrozamek nie chce go zwolnić, a w systemie rejestrują się bzdury (inna osoba, która wypożyczała w tym samym czasie miała ten sam problem), więc odpuszczamy i idziemy pieszo. Robimy kilka zdjęć na rynku oraz przy zamku od strony ogrodów. Następnie powracamy do dworca.
 
Do Katowic udamy się przyspieszoną osobówką RACHOWIEC, która obecnie kursuje w relacji Żywiec-Zawiercie. Skład to 2 Elfy, w pierwszym bardzo duże zapełnienie a w drugim pustki. Bałem się czy ten pociąg będzie punktualny, żebyśmy mogli złapać ostatnie połączenie osobówkami do domu i na szczęście jest planowo. Niestety jednak widzę na Portalu Pasażera, że z kolei osobówka z Częstochowy, z której mamy 7 minut na przesiadkę w Gliwicach złapała +35, a to oznacza, że może dotrzeć do Katowic zbyt późno aby zgłosić skomunikowanie. Mamy w rezerwie jeszcze IC PILECKI, ale jest groźba, że może on wyprzedzić naszą osobówkę w Katowicach. Po przyjeździe do Katowic postanawiamy zajść do dyżurnego peronowego zapytać czy przypadkiem nie ma możliwości skontaktowania się z dyspozytorem KŚ w celu ustalenia co mamy robić, ale miła pani nie może nam pomóc (co ciekawe, gdy w maju opóźniło nam się regio z Kielc to kierpociowa w sprawie utraty skomunikowania i ewentualnej zgody na jazdę IC kierowała nas właśnie do dyżurnego lub kasjerek). Na szczęście z danych w internecie wynika, że PILECKI też złapał kilkanaście minut w plecy, a przed nim jedzie jeszcze również opóźniony BOLKO, więc wszystko wskazuje na to, że osobówka wyjedzie z Katowic wcześniej. Postanawiamy więc nic nie kombinować z biletami tylko czekać na KŚ i zobaczyć co się wydarzy. Wsiadamy do Elfa i od razu udaję się do kierownika. Najpierw dostaję ochrzan, że z jakiej racji zgłaszam mu taką przesiadkę, skoro tamten pociąg właśnie już odjeżdża, ale gdy już bardziej stanowczym tonem pytam jak miałem wcześniej zgłosić skoro dopiero wsiadłem i że skoro to jest ostatni pociąg w dobie to przewoźnik musi zaproponować nam jakieś rozwiązanie stwierdza, że zadzwoni do dyspozytora. Wcześniej sprawdza połączenia w telefonie i wskazuje na IC BOLKO, więc mówię mu, że on jedzie przez Strzelce i że chodzi o IC PILECKI. Chwilę później słyszę jednak, że w rozmowie z dyspozytorem mówi cały czas godzinę odjazdu BOLKA. -,- Jakiś czas później otrzymujemy odpowiedź, że… IC będzie na nas czekać. :-O Bardzo ciekawa odpowiedź szczególnie, że PILECKI jedzie za nami, więc to my będziemy na niego czekać. Na pytanie czy dostaniemy odpis, że możemy jechać IC na podstawie naszych biletów słyszymy, że nie było takiego polecenia od dyspozytora a poza tym nie ma do tego podstaw, bo pociąg jest opóźniony mniej niż godzinę. -,- Widząc, że niewiele ugramy bo najwyraźniej nikt nie ogarnia sytuacji i miesza przepisy bierzemy dla świętego spokoju tylko poświadczenie o której godzinie osobówka przybyła do Gliwic, żeby mieć jakąkolwiek podkładkę w razie przeprawy z drużyną PILECKIEGO. Po przyjeździe do Gliwic przechodzimy na peron 4, gdzie zastajemy grupę osób, która wsiadała w Katowicach Załężu i też utraciła skomunikowanie. Co ciekawe, oni byli przekonani, że ze swoimi biletami mogą bez żadnych obaw wsiąść do IC. Najpierw przyjeżdża 3-wagonowy IC BOLKO relacji Radom-Wrocław a chwilę później PILECKI. Na szczęście udaje się uniknąć kontroli, więc nie musimy sobie strzępić języka i chwilę przed 21:00 jesteśmy w Kędzierzynie.

Fotki, skany biletów: www.kolejomania.rail.pl/3pozsla.html


POZNAJEMY WIELKOPOLSKĄ KRAINĘ 1

16.10.2018
Kędzierzyn - Opole - Kluczbork - Ostrów Wielkopolski - Kalisz - Ostrów Wielkopolski - Kępno - Ostrzeszów - Kępno - Kluczbork - Opole - Kędzierzyn
 
16 października wybrałem się na kolejną wycieczkę turystyczną. Tym razem celem były 3 miasta w południowej części województwa wielkopolskiego: Kalisz, Ostrzeszów i Kępno. Wyruszam regio po 5:00 z Kędzierzyna do Opola, na którym EN57 AL. Podróż w większości przesypiam. Z Opola do Kluczborka w wybrane dni ze względu na prace torowe kursuje komunikacja zastępcza i tak jest właśnie dzisiaj. Udaję się więc na dworzec PKS na stanowisko 13 gdzie podstawiony jest już autobus. Jest to kurs bezpośredni jadący od razu do Kluczborka, autobus obsługujący wszystkie przystanki pośrednie wyjechał pół godziny temu. Tuż przed odjazdem zjawia się pasażer, który przyjechał szynobusem z Nysy, a chce dojechać do Opola Gosławic, więc nie ma takiej możliwości bo kurs obsługujący przystanki jest rozkomunikowany z pociągiem z Nysy. Kierownik po telefonie do dyspozytora zleca kierowcy, że ma jechać przez Gosławice, na szczęście nie trzeba z tego powodu jakoś bardzo nadkładać drogi. Po obsłużeniu Gosławic skręcamy na obwodnicę Opola i dojeżdżamy do standardowej trasy, którą mieliśmy jechać. Po raz pierwszy mam okazję jechać autobusem z Opola do Kluczborka (nie licząc jednego razu po ciemku) więc w pewnym sensie jest to dla mnie również zaliczenie. Jedziemy m.in. przez Zawadę i Bierdzany. Na dworcu w Kluczborku jesteśmy chwilę przed planowym przyjazdem. Właśnie odjeżdża TLK GWAREK do Słupska, a jakiś czas później zjawia się TLK PUŁASKI do Poznania w mega 2-wagonowym składzie. Po drugiej stronie stacji mamy kible do Lublińca i Wrocławia. Po odjeździe tego drugiego na ten sam tor podstawia się moje regio do Ostrowa Wielkopolskiego. Zmodernizowany EN57, a typ modernizacji taki sam jak w najnowszych ED72, które można spotkać m. in. na trasie z Kędzierzyna do Wrocławia. Ciekawostką jest specjalnie zabudowany przedzialik dla kierownika pociągu obok kabiny maszynisty. Nie bez powodu napisałem zdrobniale, bo jest on bardzo klaustrofobiczny. Jeszcze jakiś czas temu trasą z Kluczborka w kierunku Kępna jechało się masakrycznie wolno, co zapewne przyczyniło się do bardzo ubogiej oferty pociągów regio na tym odcinku (pojedyncze pary w dni robocze i niedziele a w soboty żadnej), teraz jednak szlak został zrewitalizowany, więc jedzie się bardzo fajnie. Po 1,5 godzinnej jeździe docieram do Ostrowa, gdzie szybko przesiadam się na regio o krótkiej relacji Ostrów-Kalisz. Po drodze cykam fotki na stacjach i przystankach. Okazały budynek dworca w Nowych Skalmierzycach częściowo w remoncie.
 
W Kaliszu jestem tuż przed 10:00. Stacja jest dość skromna i posiada tylko 2 krawędzie peronowe. Kibelek po około 1,5-godzinnym postoju wyruszy jako regio Kalisz-Wrocław. Wnętrze dworca dość przyjemne. Przed dworcem znajduje się stacja rowerów miejskich, więc korzystam z niej i rowerem przez główną ulicę miasta dojeżdżam w pobliże starówki. Po drodze można trafić na różne ciekawe obiekty, jak i pozostałości z dawnych czasów. Rower pozostawiam na stacji Cmentarz Miejski. Na początku starówki znajduje się kamienny most, a kolejne uliczki doprowadzają mnie prosto do rynku z ratuszem. Nieopodal znajduje się też Bazylika Św. Jóżefa i fontanna Noce i Dnie. A także zabytkowe mury miejskie, które aktualnie przechodzą remont. Jest też duży park miejski, ponoć jeden z ładniejszych w Polsce, ale nie będę mieć czasu aby po nim pospacerować. Powrotną drogę na dworzec pokonuję pieszo. Po drodze mijam wieżę ciśnień, w której urządzono galerię sztuki. Zanim opuszczę Kalisz zaglądam jeszcze na położony obok dworca kolejowego niewielki dworzec autobusowy z małym zmodernizowanym budynkiem. Gdy docieram na peron moje regio relacji Łódź Kaliska – Poznań już stoi. Zmodernizowany EN57. Poznański PR pożegnał niedawno wszystkie niezmodernizowane kible. Podjeżdżam z powrotem do Ostrowa Wielkopolskiego. Tutaj następuje przesiadka na osobówkę Kolei Wielkopolskich do Kępna. Pociąg planowo powinien kończyć na peronach dolnych w Kępnie jednak ze względu na jakieś prace na posterunku Hanulin przez kilka dni pociągi kończą bieg na peronach górnych (a jeden TLK zupełnie omija Kępno). Informują o tym także zapowiedzi megafonowe. Po dojechaniu do Hanulina zatrzymujemy się na blisko 15 minut… po czym kierujemy się jednak na Kępno dolne, może specjalnie dla mnie żebym mógł sobie utrwalić (górą jechałem masę razy). Tongue W zapowiedziach przepraszają, że pociąg wyjątkowo stoi na peronach dolnych. Tongue
 
Dworzec w Kępnie jest położony trochę na uboczu więc zaplanowałem sobie odpowiednią ilość czasu na zwiedzanie. Najpierw docieram do głównej drogi, która przechodząc pod wiaduktem obwodnicy kieruje mnie do centrum. Pierwsze wrażenie jest niezbyt dobre, ponieważ cała trasa do centrum prowadzi ruchliwą drogą, którą bez przerwy jeżdżą tiry, a przechodzenie przez jezdnię nawet w okolicach starówki jest bardzo uciążliwe i wiąże się z koniecznością długiego oczekiwania na przejściach z sygnalizacją świetlną. Niestety przez część rynku również puszczony jest ruch samochodów przez co poruszanie się po nim jest trochę niewygodne. Z podobną sytuacją spotkałem się w Pleszewie. Rynek z ruchem samochodów jest też w Nowym Sączu, ale tam akurat nie odczuwałem jakiś uciążliwości z tego tytułu. Na szczęście po drugiej stronie rynku przy ratuszu jest dużo spokojniej i przyjemniej, a sam budynek prezentuje się dość ładnie. Na dworzec powracam chwilę przed moim kolejnym pociągiem. Jest to regio Kluczbork-Ostrów, którym podjadę do Ostrzeszowa, czyli trzeciego zaplanowanego na dziś miasta. Po drodze mamy stacyjkę Domanin. W Ostrzeszowie mam godzinę z hakiem na zwiedzanie, a w tym czasie kibel, którym jechałem dotrze do Ostrowa, a następnie ruszy w drogę powrotną do Kluczborka. Wiata na dworcu w typowo dolnośląskim stylu, mimo że znajdujemy się w Wielkopolsce. Dokumentuję nową dla mnie stację. Na jednym torze stoją 2 zabytkowe wagony i niewielki żuraw, co wygląda jak miniaturowy skansen. W niewielkim holu dawne okienko kasowe powyklejane kolejowymi zdjęciami, trochę zajechało klimatem czeskich stacyjek na lokalkach. W międzyczasie na stacji pojawiło się regio z Ostrowa do Kępna, które tak jak było już wspominane kończy bieg na peronach górnych. Ze względu na układ stacji w Kępnie musi pojechać na zmianę czoła aż do Łęki Opatowskiej (lub zostać tam na noc), w efekcie na bocznym wyświetlaczu mamy taki kwiatek (mimo że na przednim jest prawidłowo Kępno). Po przejściu kilkuset metrów docieram do niewielkiej starówki z rynkiem. Nieopodal znajduje się wieża zamkowa oraz park, a po drugiej stronie miasta w oddali można dostrzec wieżę ciśnień. Po 17:00 wyruszam do Kluczborka. W Łęce Opatowskiej spotykamy widzianego wcześniej kibelka. Do Kluczborka docieram o zachodzie słońca. Muszę trochę poczekać na komunikację zastępczą do Opola. Na terenie stacji jest pomnik parowozu, którego reflektory świecą. Na stacji stoi jeden autobus, w którym nikogo nie ma, a o planowej godzinie przyjeżdża drugi z Opola. Ten, który przyjechał będzie jechać jako kurs bezpośredni. Oprócz mnie jedzie jeszcze aż 1 osoba plus 2 osoby z drużyny i kierowca. Twarz kierowcy wydaje mi się znana, chyba pracował kiedyś jako kierownik pociągu w PR Opole. Ruszamy o planowanej godzinie odjazdu, a przy drugim autobusie nadal nic się nie dzieje, mimo że o tej samej godzinie miał odjechać również kurs obsługujący przystanki pośrednie. Niestety autobus ma planowy przyjazd do Opola o 19:50 podczas gdy o 19:46 odjeżdża regio w stronę Kędzierzyna, a następne o 21:10… Mam jednak szczęście ponieważ dojeżdżamy na miejsce 6 minut przed czasem, a pociąg ma 2-3 minutki w plecy i udaje mi się go złapać, dzięki czemu przed 21:00 melduję się w Kędzierzynie.
 
Fotki, skany biletów: www.kolejomania.rail.pl/1pozwiel.html
  Odpowiedz
POZNAJEMY DOLNOŚLĄSKĄ KRAINĘ 2 

18.10.2018.
Kędzierzyn - Wrocław - Nowa Sól - Głogów - Wołów - Brzeg Dolny - Wrocław - Kędzierzyn
 
18 października wybrałem się na kolejną wycieczkę. Tym razem moim celem były miejscowości na Nadodrzance: Nowa Sól, Głogów, Ścinawa, Wołów i Brzeg Dolny. Tak więc oprócz dolnośląskiego był też akcent lubuski. Wyruszam regio relacji Racibórz-Wrocław o 5:44 z Kędzierzyna, który tradycyjne przyjeżdża z kilkuminutowym opóźnieniem. W Opolu wymiana większości podróżnych w pociągu. Do Wrocławia tradycyjnie przyjeżdżają tłumy. Mam około pół godziny czasu i wsiadam w kibel do Zielonej Góry, tradycyjny skajowy, co jest już coraz większą rzadkością. Jazda odcinkiem Wrocław-Głogów jest jaka jest, często zmieniamy tor z jednego na drugi, prędkość niby lepsza niż dotychczas, chociaż nie wszędzie i często rzuca. Plan zakłada rozpoczęcie zwiedzania od najdalszej miejscowości, a następnie cofanie się każdym kolejnym pociągiem do następnej. Problemem może być jedynie Ścinawa, gdzie plan przewiduje tylko 37 minut czasu. Zobaczymy… Przed 11:00 wysiadam w Nowej Soli. Perony po modernizacji. Budynek dworca ładny, ale nie spełnia swoich funkcji, bo znajduje się w nim posterunek Straży Miejskiej, a bilety kupuje się w kasie PR w niewielkim pomieszczeniu w dość obskurnym budynku obok. Przy dworcu kolejowym niewielki dworzec autobusowy. Udaję się w kierunku centrum, po drodze mijam plac z dużą fontanną. W mieście nie ma typowego rynku, a jego funkcję pełni główna ulica z niewielką aleją trochę na kształt deptaka. Nieopodal znajduje się Urząd Miasta i kościół Św. Antoniego, które są częstymi motywami na pocztówkach i magnesach z miasta. Kierując się dalej docieram do Odry i mostu zwodzonego oraz do niewielkiego portu. Po obejrzeniu wszystkiego powracam na dworzec, gdzie docieram na ostatnią chwilę, ale pociąg jest lekko opóźniony. Przyjeżdża ohydny pobazgrany kibel, a prawie wszystkie okna po stronie którą lubię są zamalowane. Na szczęście jadę krótko. Zapełnienie dużo większe niż w poprzednim pociągu. Wysiadam w Głogowie, który jest najważniejszym punktem dzisiejszego dnia, więc mam tu zaplanowane najwięcej czasu. Perony w dalszym ciągu takie obskurne jakie były. W przejściu nadziemnym trwa remont, co sprawia że dostępny jest wyłącznie peron 1. Budynek i hol dworca już dużo ładniejsze. Są tablice elektroniczne, na których z racji mizernej oferty wyświetlają się już pociągi z okolic 8 rano kolejnego dnia. Obok dworca kolejowego podobnie jak Nowej Soli znajduje się niewielki dworzec autobusowy. Kierując się w stronę starówki mijam fontannę i pomnik Jana z Głogowa. Zanim udam się na rynek kieruję się najpierw w stronę Mostu Tolerancji, po drodze mijając Muzeum Archeologiczno-Historyczne oraz pomnik Dzieci Głogowskich. Most Tolerancji przecina oczywiście Odrę, a także idącą wzdłuż niej linię kolejową do Wrocławia. Jeden z torów tej linii idzie w tym miejscu pod galerią, co jest dość rzadko spotykane w Polsce. Po przeciwnej stronie rzeki widać niewielką marinę i kościół. W oddali widać też most linii kolejowej do Leszna, która mam nadzieję doczeka się reaktywacji przewozów pasażerskich. Następnie docieram na starówkę i spaceruję jej ulicami. Jest tu sporo dość ładnie prezentujących się kolorowych kamienic. Centralnym punktem jest rynek z dużym ratuszem. Obok znajdują się ruiny kościoła Św. Mikołaja zniszczonego w 1945 roku. Druga strona rynku nie wygląda już tak ładnie ponieważ aktualnie trwają tu jakieś prace budowlane. Docieram także do fragmentu murów miejskich , gdzie znajduje się informacja turystyczna, w której można kupić różne pamiątki z Głogowa, jest także jakaś wystawa staroci.
 
Na dworzec powracam o 14:30 z zamiarem udania się do Ścinawy. Niestety pociąg ma zapowiedziane +10, które później się zwiększa. Oznacza to, że niestety musze zrezygnować z tego miasta i jechać od razu do Wołowa, w którym zyskam trochę więcej czasu. Przyjeżdża zmodernizowany kibel. Niestety ze składem najwyraźniej coś jest nie tak, ponieważ cały czas jedziemy nienaturalnie wolno i na każdej kolejnej stacji meldujemy się z coraz większym opóźnieniem. W efekcie do Wołowa docieram nawet później niż miałem dotrzeć późniejszym pociągiem jadąc ze Ścinawy. Od tej stacji pociągów do Wrocławia jest więcej, na bocznym torze stoi kibel, który prawdopodobnie będzie moim regio Wołów-Wrocław, którym pojadę dalej. Dworzec w remoncie, a kasa znajduje się w kontenerze. W momencie odjazdu mojego pociągu na peron wbiega facet, który przyszedł zapewne na późniejszy pociąg (który z powodu naszego też jest opóźniony) i widząc oddalający się kibel trochę zgłupiał. Powrócił do kasy, w której zapewne dowiedział się jaka jest sytuacja. Rynek dość daleko od stacji, więc muszę pobiec. Jest on niezbyt duży i częściowo zarośnięty drzewami co trochę utrudnia robienie zdjęć. Przy ratuszu znajduje się szachownica z dużymi pionkami, ale nie sprawdzałem czy faktycznie da się grać nimi w szachy. Tongue Nieopodal rynku znajduje się zamek, ale czas nie pozwala aby podejść bliżej, więc robię tylko zdjęcie z daleka. Nieco inną trasą powracam na stację. Kibel do Wrocławia jest już podstawiony, na torze postojowym odpoczywa sobie drugi, a na peronie ludzie czekają na IC HETMAN. U dyżurnej czas zatrzymał się chyba w 2009 roku, ponieważ zapowiada, że wjedzie „pociąg pospieszny z Przemyśla do Szczecina”. Tongue Skład wjeżdża planowo. My również ruszamy o czasie. Na fotkę załapuje się przystanek Łososiowice. Jadę tylko 10 minut i wysiadam w Brzegu Dolnym, gdzie spotykamy się z kiblem z Wrocławia, z którego wysypuje się tłum ludzi. Jak zawsze na nowej dla mnie stacji trochę zdjęć. Udaję się w kierunku niewielkiego rynku. Wcześniej mijam Pałac Rodu Von Hoym, za którym znajduje się Odra. Rynek przedzielony jest główną drogą miejscowości. Znajduje się tu kościół NMP z Góry Karmel. Dzień pomału się kończy. Powracam przez park, w którym znajduje się jezioro z dużą fontanną, która gdy do niej podchodzę akurat zostaje wyłączona. Do Wrocławia udaję się regio z Zielonej Góry, który na szczęście jedzie planowo, ponieważ mam tylko kilka minut na przesiadkę. W momencie gdy wysiadam we Wrocławiu drzwi nagle zamykają się, ale przytrzymuję je ręką za uchwyt i szybko wyskakuję. Nieco dziwna sytuacja, żeby zamykać drzwi w momencie gdy wysiada tłum ludzi na stacji końcowej. Okazuje się, że pociąg z Kędzierzyna, który będzie powracać ma lekkie plecy, więc muszę jeszcze na niego czekać. Zapowiadany jest dość ciekawie jako „pociąg regio ze stacji Kędzierzyn-Koźle do stacji Racibórz przez Opole”. Przyjeżdża zmodernizowany ED72. Musimy odczekać na wolny slot i ruszamy około 19:00. Większość trasy przesypiam. W Kędzierzynie jesteśmy ok. 21:00.
 
Fotki, skany biletów: www.kolejomania.rail.pl/2pozdol.html
  Odpowiedz


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Podsumowanie 2017 i plany na 2018 SAP102 0 482 02.01.2018, 16:08
Ostatni post: SAP102

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości